gdzie dywany?

Cytat:

Pomozcie...
Gdzie w Warszawie znajde sklep z duzym wyborem dobrych jakosciowo dywanow?
Najlepiej Praga Pld ale niekoniecznie.
I jeszcze jedno pytanie: czy jak sie takie cos kupuje to dowiaza mi do domu
czy mam sobie wziac pod pache i sama zaniesc? (bo samochodem niestety nie
dysponuje)



Niestety nie te rejony, ale Komfort na Ursynowie ma duzy wybor, i
jeszcze sklep w Galerii Mokotow (na pietrze po lewej patrzac od wejscia,
w starej czesci). Taksowkarze woza dywany bezproblemowo, tylko uprzedz
przy zamawianiu taksowki, to ci dadza wieksza, a w sklepach tez sie
czasami da zalatwic transport za drobna doplata (dokladnie nie wiem, bo
swoje dosc dawno kupowalismy).

 

Styczniowo Lutowe Mamy X

Ale dobrze się skończyło. Dzieci naprawdę nie można upilnowac do końca. Radzio jak nigdy wcześniej wczoraj dorwał mój portfel. A miałam akurat sporo kaski, nie potargał nic ale wszystko leżało na fotelu i obok niego. Nie wiem czy pani sprzątająca nie znajdzie gdzieś pod dywanem niespodzianki

Joasia, fakt napisałam jak cajmer ale wiadomo o co chodzi, apteka swoją droga a butki, oczywiście w sklepie bartka, swoją droga

Goya, pewnie byłaś w galerii krakowskiej - ogromna, nie zwiedziłam całej. W warszawie chyba mają taką galerie mokotów, byłam kiedyś i zrobiła te kilka lat temu na mnie wrażenie.

Wiewióreczka chyba suczkę weźmiemy, tak Iskierka doradza a Basia pisała, że mniejsze. Psy ponoć na dziwki uciekają

pokoik do wynajęcia

Student wynajmie pokoj studentowi.
pokoj ok 10m2(łóżko dywan + internet)
mieszkanie wpelni wyposażone pralka lodówka mikrowela itp.
dzielnica mokotów warszawa kolo sks warszawianki
dobry dojazd do SGH POlibuda sggw uw.
kontakt 0601168121
gg 3613802
cena nie zawiera już ŻADNYCH dodatkowych OPLAT 600zl

POkemona /byłego/ problemy ze Skarbówką

Cytat:
| zapomniałem zapytać GDZIE JEST PITERA ???????
| Dlaczego ona śledząc przez kilka lat "układ warszawski"
| nie dostrzegła jak jej partyjny kolega "kręci lody"
| z racji okupacji stołka prezydenta Wawy ?
| Może Pitera jest niewidoma i głucha ?
| Trafiłeś jak kulą w płot, bo akurat Pitera to dosyć znacznie przyczyniła
| się do ujawnienia przekrętów "układu warszawskiego" i wypierdzielenia
| Piskorskiego z PO.
Naprawdę w to wierzysz ? :-))))))



Nie muszę, pamięć mam dobrą i pamiętam otwartą wojnę pomiędzy Piterą a
Piskorskim.

Cytat:Tajemnicze telefony i podpalenie auta Julii Pitery umacniają jej
wizerunek niezłomnej tropicielki korupcji. Nie wszyscy jednak w to
wierzą. "To postać nadmuchana, która nigdy niczego nie wykryła" - mówi
"Życiu Warszawy" były prezydent stolicy Paweł Piskorski.



No ja cię proszę - bez jaj. Co ma powiedzieć Piskorski? Tak jakbyś się
zapytał Kalisza co sądzi o Niesiołowskim. :)

Cytat:Na początku nowego stulecia znalazł się jednak hak i na samą Piterę.
Okazało się, że władze Mokotowa odmówiły Piterom sprzedaży, po
korzystnej cenie, ich zaadaptowanego na mieszkanie strychu. Urzędnicy

metry kw., a nie 66 metrów), a poza tym zostało przebudowane niezgodnie
z prawem budowlanym. Julia Pitera rozpoczęła wtedy walkę z władzami
dzielnicy i wicedyrektorem Wiktorem Czechowskim. Sprawa trafiła do
Piskorskiego, który stanął po stronie władz. W mediach zaczęły się
pojawiać opinie, że walka Pitery z układem warszawskim to po prostu jej
osobista zemsta na prezydencie.



Teraz ja powinienem zapytać - wierzysz w to? Że motywem jej działania był
spór o jakiś strych czy kilka metrów kwadratowych mieszkania? W każdej
partii są frakcje które ze sobą walczą o wpływy, czasami doprowadza to do
rozpadu, czasami do oddzielenia jakiejś tam zbuntowanej grupki a czasami
tylko do wypieprzenia kogoś z partii - jak to było w przypadku Gilowskiej
(bo też chyba nikt nie wierzy w oficjalnie podany powód). Z tym, że takie
sprawy osłabiają całą partię i w interesie obu stron jest skrzętne
zamiatanie pod dywan wszystkich brudów.

 

"Wykluczeni z kościoła"

Tak sie sklada, ze mnie z Polski dosc dawno wynioslo. Z komentarzy n aForum widze, ze duzo sie zmienilo w podejsciu do budowy kosciolow. Ciekawa jestem czy jest to zjawisko powszechne w Polsce, czy to tylko Nowy Dwor jakos ma z tym problem.
Ja sama mile wspominam okres budowy mojego parafialnego kosciola pw sw Michala na Mokotowie w Warszawie. Byly to nielatwe lata pod kazdym wzgledem, parafia pewnie tez nielatwa, bo w polowie ubeckie bloki, ale kazdy dawal ile mogl, albo nawet ile nie mogl i tworzyla sie wspolnota, ktora wydala wielu porzadnych ludzi. Kosciol rosl powoli (czesciowo z rozbiorkowej cegly, ktora my, dzieci, ostukiwalismy z resztek starego tynku. Bylismy dumni, ze kazdy ma jakis swoj wklad w te budowle, ktora przetrwa pokolenia. Moja ciocia (emerytka), ktora (jak to sie mowi) dozywala swoich dni w naszym rodzinnym domu ofiarowala swoj jedyny dobytek - piekny dywan - do prezbiterium nowego kosciola. Nikt z rodziny nie protestowal, choc jedno tylko z rodzicow i my dzieci bylismy praktykujacy.
Na Zachodzie nie ma koledy i wizyt ksiedza. Zbiorki sa czeste, czasem mamy dwie "tace" na jedna Msze sw. Jedni daja wiecej, inni mniej, ale kazdy rozumie, ze trzeba utrzymac istniejaca budowle ( dopiero co ja kupilismy od Zielonoswiatkowcow), a i zadbac o przyszle remonty, wymienic lawki, zaplacic za ogrzewania i swiatlo. Do tego dochodzi wiele misyjnych zbiorek.
Koscioly tutaj sa zwyczajnie brzydkie architektonicznie, a znam taki kosciolek, ktory miesci sie w polowie blizniaka. Na religie wozimy dzieci po 100 km i wiecej, wieczorem w piatki, kiedy inni sie bawia albo odpoczywaja. I jestesmy bardzo wdzieczni, ze wogole mamy polskiego ksiedza i miejsce na Msze sw.
Kosciol sw Pawla i Piotra na Osiedlu Mlodych ma piekna architekture i bedzie ozdoba tego osiedla przez pokolenia. Wasze dzieci i jeszcze ich wnuczeta i prawnuczeta beda sie modlily za "dobroczyncow, ktorzy kosciol budowali".. czyli za Was. Macie szczescie.
Pozdrowienia.

Baza Treningowa - Polonia na Marymoncie?

Cytat: Akurat jestem w temacie to odpowiem.
Grałem na 5-6 boiskach sztucznych .Niestety u nas w lidze jest takich coraz więcej.Prawda ze się róznią,ilością gumek,twardośćią-ale tak czy tak są niebezpieczne dla stawów i kolan.Niestety sam wiem to po sobie.Mając juz prawie za sobą pół roczną przerwe.Z powodu kontuzji kolana.I przechodząc długo rehabilitacje,znowu niechętnie wracam na sztuczną trawe


Mokotów - wydaje mi się, że problem może leżeć nie w tym, że grałeś na "5-6 boiskach", tylko w tym, na którym z tych boisk grałeś i trenowałeś na codzień. Bo jeżeli ono było twarde - no to sorry, ale nic Ci nie mógł pomóc fakt, że parę meczów zagrałeś na miękkim.

Z drugiej strony zastanawiam się, czy ta "kontuzjogenność" sztucznej trawy to nie jest jakiś mit. Bo jeśli twarde podłoże powoduje kontuzje, to piłkarze ręczni i koszykarze powinni W KOMPLECIE być ludzkimi wrakami już w okresie juniorskim...
Nie zrozumielismy sie Mi chodzi ze grałem na 5-6 boiskach sztucznych i te na Polonii wydaje mi sie najgorsze z tych co grałem.I nie chodziło mi ze mam kontuzje ze grałem na 5-6 boiskach,tylko ogólnie przez sztuczna trawe.Teraz jest moda na sztuczne boiska,i gdzie nie pojedziemy jest coraz wiecej sztucznych boisk.

U nas na 32 osoby w zespole,w pewnym momencie była 16 kontuzji!!,z czego 7-8 kontuzji przerwa wieksza niz miesiac..To jest bardzo duzo.
W roczniku 1994-dla porównania był juz nawet dwa zerwania więzadeł-czyli bardzo powazna kontuzja.

A TERAZ UWAGA-wczoraj pojechalismy na mecz do niedalekiego MIĘTNEGO.i CO?

Boisko głowne -trawiaste na którym gralismy wczoraj.całkiem niezłe
Boisko sztuczne-bardzo dobrej jakosci.
Boisko boczne-numer 1-trawiaste,boisko moimzdaniem lepsze od głownego
Boisko boczne-numer 2-trawiaste.Moim zdaniem lepsze boisko od głownego.(Od nastepnego roku ono bedzie głowne).Poprostu dywan.I napewno lepsze od boisko głownego Polonii.

Poprostu szok-3 boiska trawiaste,dywany,do tego boisko sztuczne,az chce sie trenować..
A w Warszawie sie kłopot z 3 trawiastym boiskamiw całej Warszawie,a tam sa obok siebie

Mieszkanie - ile za wynajem?

Witam,

Cytat:Było częsciowo umeblowane (znaczy trzeba bylo kupić szafę i 2 biurka).
Poza tym ładna lazienka i kuchnia.
Niski blok. Drzwi antywłamaniowe.
Telefonu nie ma. Kablówkę sami założyliśmy.



OK, zajrzalem na chwile na p.r.w.o

Kawalerka wolna od zaraz.
Umeblowana, pokoj ok 17 m. kw., aneks kuchenny, lazienka, duzy przedpokoj.
1000 zl.
---------
Pokój do wynajęcia w mieszkaniu dwupokojowym dla jednej osoby od 1 marca.
Lokalizacja - okolice Ronda Wiatraczna.
Cena - 400 zł./ms (do negocji) + opłaty

Czyli 2*400=800 - Grochow
--------
Od zaraz do wynajęcia pokój.
Mieszkanie jest przy Wiolinowej (stacja metra Ursynów), bez właściciela.
Meble, internet, kablówka, pralka i takie tam - wszystko co trzeba oprócz
telefonu stacjonarnego. W mieszkaniu są trzy pokoje, dwa są zajęte.
Całkowity koszt - ok. 640 PLN (zależy od liczników) na osobę. Dobre warunki.

trzypokojowe - 1920 Ursynow
----------
Osiedle za Żelazną Bramą - blok 15 piętrowy.2 piętro, strona wschodnia,
49m2, 2 pokoje(nie umeblowane), łazienka i kuchnia (umeblowana +
lodówka),telefon. 1500zł + opłaty.Telefon kontaktowy 0606-465-389.

oooo, to juz Srodmiescie, blisko centrum.
2 pokoje - 1500
-----------
Pokoj:
Do wynajęcia na Sadybie, w mieszkaniu dwupokojowym.
Pokój jest umeblowany, okna plastikowe, nowa klepka, dywan, kablówka.
Istnieje możliwość szybkiego podłączenia internetu kablowego (jest w
mieszkaniu) do tego pokoju.
Osobie kulturalnej.
Opłaty 600 zł/m-c

2 pokoje - 1200
--------
szukam współlokatora/współlokatorki do mieszkania w Centrum (Os. za Żelazną
Bramą).
Osoba bezkonfliktowa, niepaląca, pracująca, 24-30lat.
Mieszkanie jest w pełni wyposażone, pralka, lodówka, telefon, kablówka,
internet.
cena 650zł + połowa bieżących opłat

Znowu Zelazna Brama - Srodmiescie - 1300 zl za 2 pokoje???
--------
Tym razem Mokotow:
mieszkanie 2 pokojowe 58 m2 z duzą widną kuchnią (10m2)z telefonem nie
umeblowane na ul. Chełmskiej (mokotów)
cena z czynszem 1250 zł +opłaty licznikowe
---------
I jeszcze jako ciekawostka i kontrast do powyzszego:
Za 489 zl/miesiac:

Wynajmę kawalerkę (duży pokój, przedpokój, kuchnia, łazienka + ubikacja;
razem: 31 metrów)  w Modlinie Twierdzy k. Nowego Dworu Mazowieckiego.

Modlin Twierdza to naprawdę malownicze i bezpieczne miasteczko. Cały
otoczony murami z czasów napoleońskich oraz dwiema rzekami: Narwią i Wisłą.
Dużo sklepów: aż dwa SAMY!  Życie wyraźnie tańsze niż w Warszawie. Bardzo
otwarci ludzie, z którymi szybko zawiązuje się znajomość. Rewelacyjna
lokalizacja dla osób z małymi dziećmi, osób w złotej jesieni swych lat oraz
osób pracujących w Warszawie. Całą drogę z Twierdzy do Warszawy pokonuje się
krajową 'siódemką' czyli popularną "Warszawa- Gdańsk" tak więc samochodem
trwa to mniej niż pół godziny. Bilet do Warszawy klimatyzowanym autobusem
'Translud' kosztuje 5zł. Można też korzystać z PKS. Dzięki temu w każdej
godzinie jest jakieś połączenie. Modlin Twierdza jest częścią Nowego Dworu
Mazowieckiego. W Twierdzy są dwa duże parkingi strzeżone, ale i tak
większość ludzi trzyma samochód przed blokiem gdyż jest tam bezpieczny. W
Modlinie znajduje się klub, biblioteka, kasyno z obiadami za 11zł (dwa
dania!) oraz MTV Pub. Jest przedszkole, podstawówka oraz gimnazjum. Latem
czynna jest plaża nad Narwią.Przez okrągły rok są miejsca wędkarskie. Samo
mieszkanie jest w przyzwoitym stanie. Jest pralka frania, lodówka, trochę
szaf i dwuosobowe łóżko. Jest telefon. Mieszkanko widne. Z okien widać
stadion. Zachęcam wszystkich, którzy mają  dość Warszawy i jej potwornych
cen do zamieszkania na przedmieściach! Różnice w stawkach widać na każdym
kroku. Także w czynszu... Czynsz wynosi 489zł miesięcznie!! W Warszawie tyle
się płaci niekiedy za pokój a to samodzielne mieszkanie!!! NIE ŻĄDAM
WNOSZENIA KAUCJI!! PŁACISZ 489zł i MIESZKASZ!!! Zapraszam wszystkich do
kontaktowania się ze mną, oglądania mieszkania i zajęcia go. Jest już
wolne!!!
--------------

Wniosek jest prosty:

Gdy tu od ceny zrzednie Ci mina,
Zasuwaj mieszkac wprost do Modlina!
-:))

Mój pierwszy raz ;-)

Jak już pisała Selene, moja przygoda ze snookerem zaczęła się podczas bezmyślnego przerzucania kanałów telewizyjnych, kiedy to trafiłam na Eurosport International, i uwagę moją przykuł zielony stół, kolorowe bile, i faceci w kamizelkach.
Pierwszy raz, pamiętam, był niebieski dywan, i wydaje mi się, że pierwszym wyrywkiem turnieju jaki w życiu widziałam był Malta Cup. Za to z pewnością pierwszy turniej który oglądałam już bardziej regularnie (chociaż nadal nie wiedziałam o co w tej grze chodzi) był Welsh Open, i dobrze pamiętam finał Robertson-Higginson. Naprawdę nie wiem co takiego w snookerze przykuło tak moją uwagę. Ale musiało to być coś silnego, bo każdego wieczoru kiedy Selene przychodziła do domu, mówiła: "a ta dalej ogląda tę nudę."
Tak więc sama oglądałam od czasu do czasu snookera na ES, aż do czasu MŚ 2007.
Otóż kiedy przyszedł czas połfinałów turnieju w Sheffield, Selene nieco się zainteresowała tym, co tak przykuwało moją uwagę. Ale nawet nie znając zbytnio zasad, półfinał Murphy-Selby okazał się niesamowicie emocjonujący dla całej mojej rodziny (nawet do dziś uważam, że był to najniezwyklejszy mecz jaki widziałam). Potem, pierwszy dzień finału oglądałam zza walizki, ponieważ nazajutrz, w poniedziałek, wyjeżdżałam z klasa na pięciodniowa wycieczkę na Bornholm, na małą duńską wyspę. Tak więc przyszedł wieczór, a ja już szantażowałam Selene żeby oglądała i nagrała na video resztę tegoż finału.
Nadszedł poniedziałek, i razem z klasą wyjechałam na wspomnianą wycieczkę. Już pierwszego dnia, kiedy w przytulnym hoteliku wraz z paroma przyjaciółkami z którymi dzieliłam pokój, i kiedy szykowałam się do snu, rozmyślałam co tam się dzieje w Sheffield, oraz co dzieje się w Kopenhadze przed telewizorem i czy Selene mnie nie zawiedzie. W myślach kibicowałam mojemu faworytowi.
Kiedy w piątek po południu dotarłam wreszcie do domu, jak burza wpadłam do Selene i zapytałam się czy nagrała cały finał, oraz zapowiedziałam żeby nie wspominała ani słówkiem kto wygrał, bo sama chciałam się o tym przekonać oglądając z kasety. No i się przekonałam. Byłam lekko zawiedziona, ale też cieszyłam się, że rozmiar porażki nie był aż tak ogromny jak myślałam że mogło się to skończyć.
Tak zakończył się sezon snookera. Wtedy byłam już na maksa wciągnięta. Smutno mi było, że następny Live snooker zobaczę dopiero w sierpniu.
Lecz wkrótce pojawiła się niesamowita szansa na obejrzenie snookera w wakacje, i to w o wiele lepszym wydaniu niż kiedykolwiek. Oto na forum zapowiedziane zostało Warsaw Snooker Tour! Poprostu NIE mogłam tego przegapić, gwiazdy snookera w moim mieście! ^^ Rodzice zgodzili się przyspieszyć planowany wyjazd do Warszawy, i pozwolili mi opuścić tych parę ostatnich dni szkoły. Co gorsza zachodziła pewna obawa - że bilety na WST zostaną wyprzedane zanim zjawimy sie w Polsce (gdzie mieliśmy się znaleźć na jeden dzien przed rozpoczęciem WST). Ale skończyło się szczęśliwie - zaraz po przylocie do W-wy, i zaraz po zostawieniu bagażu w naszym mieszkaniu, ja i Selene wyruszyłyśmy dzielnie na poszukiwanie biletów. Był straszny upał. Na początku postanowiłyśmy pojechać metrem do Centrum, i tak zrobiłyśmy. Przypomniało nam się, że także na stacji Centrum w pasażu handlowym na górze znajduje się biuro turystyczne, i tam poszłyśmy. I pytamy, a panienka na to, że oczywiście można jeszcze kupić bilety! Kamień spadł mi z serca, i kupiłyśmy dwa bilety na półfinał WST. I to była chyba najlepsza decyzja w moim życiu! Samo bycie na WST także było jedną z lepszych rzeczy jaka mnie kiedykolwiek spotkała, i nigdy nie zapomnę atmosfery na tej imprezie, widoku graczy wysiadających ni stąd, ni z zowąd z czarnej BMki przed Torwarem...
A potem namówiłam Selene, abyśmy udały się gdzieś, gdzie można zagrac w snookera. Najpierw poszłyśmy do Galerii Mokotów, i tam grałyśmy pierwszy raz w życiu, ale w snookera na bilardowym stole. Po godzinie wyszłyśmy stamtąd z wynikiem 6-9 dla mnie, czy coś koło tego. Potem namówiłam ją, i poszłyśmy do Akademii Snookera.

Pojechałyśmy tam tramwajem do Galerii Mokotów, a stamtąd autobusem wprost pod Akademię. Gdyby nie tabliczki ze strzałeczkami prowadzącymi do wejscia, pewnie byśmy tam nie trafiły, bo wejście było z boku, i trzeba było okrążyć pół bloku aby je znaleźć. Wreszcie stanęłyśmy pod metalowymi, brązowymi drzwiami z napisem na górze, i zastanawiałyśmy się czy wchodzic. Wtedy nadszedł jakiś koleś i dziarsko otworzył drzwi i pobiegł schodami na górę. My postanowiłyśmy iść za nim. No i już byłyśmy o krok od wejścia, i Selene na to "Na pewno tam wchodzimy?", a ja na to, ze oczywiscie ze tak! No i otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał sie jasnozielony GIGANT. Lotniskowiec. Włosy stanęły mi dęba, kiedy zobaczyłam jeszcze trzy takie kolosy, a w oddali ladę, za którą siedział jakiś facet. I tak, Selene jeszcze raz się upewniła czy chcę zagrać, a ja na to, że pewnie że tak, za daleko już zaszłyśmy żeby sie wycofać. Ona nie chciała grać, więc sama podeszłam do lady i poprosiłam kolesia o darmowy trening (bo jeszcze miałam ponizej 16tki), ten popatrzył podejrzliwie i powiedział, ze ok, ale nie dłużej niż do 12:00, bo na tą godzinę stół na ktorym miałam grać był zarezerwowany. Więc miałam godzinkę. Pomaszerowałam do stołu najbliżej wejścia, trzęsącymi rękami wyjęłam bile, ustawiłam na swoich miejscach, i chwyciłam najkrótszy moim zdaniem kij. Trochę mi było wstyd, bo kolesie na stole obok byli naprawdę nieźli (jak to mi się wtedy zdawało), no ale postanowiłam rozbić czerwone. Za trzecim razem udało mi się trafić w róg trójkąta, ale chyba za mocno strzelałam bo wszystkie kolory były wkrótce pod jedną bandą... I tak minęła godzina, wbiłam może 3 bile. Czas było wracać, i mimo swoich marnych postępów, strasznie mi się spodobało!! Wracałam tam często, ale sama tam sobie jeździłam, bo Selene ani mama z niewiadomych przyczyn nie chciały nigdy przyjść, nawet jakbym nie wiem jak próbowała je namówić! Ale to nie szkodzi... Samej też było fajnie, tylko że nie mogłam nikomu pokazać swojego fantastycznego brejka (4punkty, po którym i tak zapomniałam wystawić z powrotem żółtą bilę ).
A teraz, w Danii nie ma tu niestety żadnego stołu snookerowego w promieniu parudziesięciu kilometrów (jedyny klub jaki był, przerobili jakiś czas temu na sklep z farbami). Wprost NIE MOGĘ się doczekać aż znów zagram w Akademii!!!!!!

(Rodak, twój post i atmosfera jaką opisałeś to dokładnie to samo co ja odczułam )

Dzieci: Przemoc, adopcje itp

Byłbym zerem, gdyby nie smycz

Rysunki dzieci dotkniętych przemocą:
http://voila.pl/r9ch0/?3
http://voila.pl/r9ch0/?4

Anna Fostakowska GW 26-02-2006 , ostatnia aktualizacja 24-02-2006 19:02

Pan Bóg, dyktując Mojżeszowi dekalog, pamiętał tylko o szacunku do rodziców. O szacunku dla dzieci zapomniał[...?]

Pokój jest nowoczesny. Przestronny, z akcentami ekologicznymi: dużo zieleni i naturalna drewniana podłoga. Gładzie gipsowe kładziono aż trzy razy, żeby nie było widać nierówności, kiedy przez okno zaświeci słońce.

Choć to pokój dziecinny, nie widać w nim zabawek, nie widać rozrzuconych książek, niesprzątniętych puzzli, papierków po cukierkach. Widać dwa łóżka. Drewniane, wpisujące się w naturalistyczną koncepcję całości. Przy łóżkach uwija się dwójka dzieci. Już dawno powinny być w szkole, ale dzisiaj nikt ich do szkoły nie odprowadził. Zwykle robiła to mama. Dzisiaj nie miała na to ochoty. "Nie zasłużyliście" - powiedziała. Mama to kobieta, która teraz stoi w drzwiach i pilnuje, by na prześcieradłach nie została ani jedna zmarszczka. Stoi tak już od dwóch godzin, bo dzieciom nie wychodzi. I nie wyjdzie, bo według niej dzieci są nieudane. Tak jak chiński podkoszulek ze stadionu. Po jednym praniu do wyrzucenia.

Kobieta ma wysuszoną na solarium twarz, włosy naturalny blond, dobrze ostrzyżone. Dba o siebie, chociaż od kiedy została z dziećmi w domu, nie musi. Dba, żeby nikt nie pomyślał, że się zupełnie zmarnowała. Kiedyś była dobrze zapowiadającym się przedstawicielem handlowym w firmie farmaceutycznej. Dobrze jej szło. Miała szanse zostać dyrektorem regionalnym, nawet przedstawicielem firmy w Rosji. Została w domu, by wychowywać Justynę (dziś lat dziewięć) i o dwa lata młodszego Karola.

Uczniów podstawówki w Łomiankach pod Warszawą, którzy właśnie udają, że śpią. Sen jest dobry , by przeczekać, uniknąć tego, co ma nastąpić. Zamykasz oczy i już cię nie ma w ekologicznym pokoju pod łóżkiem. Jesteś tam, gdzie wolno w dzień przykrywać się kocem i zjeść na śniadanie pół słoika nutelli.

- Gdzie dzieci? - pyta mężczyzna, który wrócił późnym popołudniem do domu.

- Śpią cały dzień - odpowiada kobieta. - Nie poszły do szkoły. Na złość mi robiły, nie chciały ścielić łóżek.

Mężczyzna zdejmuje marynarkę. Garnitur to jego strój służbowy. Jest dyrektorem sieci sklepów odzieżowych w stolicy. W nadziei na premię i nagrody pracuje dużo. Mężczyzna bierze z garderoby wąż od odkurzacza. Wchodzi do pokoju.

Dzieci otwierają oczy.

Dzieci zdejmują spodnie.

Justyna ma pod rajstopami poduszkę. Dostaje dziesięć uderzeń więcej. "Za to, że chciała ojca przechytrzyć".

Karol się uchyla. Zamiast w pupę dostaje w piętę. Leci mu krew.

- Do łazienki na jednej nodze - krzyczy mama, która wszystkiemu się przygląda - dywan mi pobrudzisz.

Pobrudził. Musiał za to zrobić sto przysiadów z tornistrem wypełnionym cegłami (dom niedawno wybudowano, na podwórku sporo było jeszcze gruzu).

Rany na ciałach dzieci dostrzega szkolny pedagog. Zgłasza policji. Rodzina F. trafia na terapię do Fundacji "Dzieci Niczyje". Na spotkaniach z psychologiem dzieci zachowują się według instrukcji taty. Poproszone przez psychologa o rysunki (na ich podstawie określa się nastrój dziecka) rysują kolorowymi kredkami dom i rodziców trzymających się za ręce.

Pytane odpowiadają: Kochamy mamę, kochamy tatę.

- Jesteśmy normalną rodziną - tłumaczyli rodzice. - Ostatnio byliśmy na wczasach w Chorwacji.

Justyna i Karol F. uciekli z domu 5 marca 2003 roku.

Sąsiedzi zauważyli dwójkę dzieci siedzących nocą na przystanku autobusowym.

Dziewczynka miała podbite oko, chłopiec szramy na całym ciele. Obydwoje, jak wykazały późniejsze oględziny, ślady po płomieniu zapalniczki na pupie.

Prosiły: - Nic nie mówcie mamie. Nic nie mówcie tacie.

Łapką na muchy. Za to, że miny robił... i wył

To zwykły pokój. Blokowy. Ze starymi tapetami i odpadającymi płytkami PCW na podłodze. Mówią, że płytki są rakotwórcze. Szkodzą. Szczególnie małym dzieciom. Ale co takim małym nie szkodzi? Zimne powietrze, mokre majtki, papierosy, truskawki... Żyć by nie szło, gdyby się człowiek oglądał na wszystko.

Tak sądzi kobieta, która krząta się po pokoju. Drobna sylwetka, dziecięca twarz, dżinsy i adidasy. Właśnie przypaliła cebulę do rosołu. Rosół bez spieczonej cebuli smakuje jak sraczka, mawiał jej ojciec.

- Zapamiętałam - zwierzy się niebawem dziennikarce. - Zawsze byłam posłuszna.

W pokoju jest duszno od dymu.

W pokoju jest głośno.

Nie może być ciszej. Raz w tygodniu musi być tak, jak chce mężczyzna. Zwalisty, łysiejący, w brunatnym swetrze z bazaru. Właśnie położył się na rozłożonej wersalce przed telewizorem. Ogląda siłaczy, którzy na ekranie ciągną lokomotywy i rzucają oponami tirów.

Dla kobiety mężczyzna jest ważny. Przygarnął ją w siódmym miesiącu ciąży, gdy nie miała gdzie mieszkać. Od roku ją utrzymuje. Kobieta co wieczór całuje go za to po rękach. Gotuje, sprząta, pierze. Jest wdzięczna.

Kobieta nazywa się Grażyna M. Ma 26 lat, jest bezrobotną kucharką.

Mężczyzna nazywa się Andrzej K. Ma 45 lat. Na miejscowym bazarze "robi w elektryce". Trochę kupuje, trochę sprzedaje, czasem bierze w komis. Komórki, radia samochodowe, mikrofalówki, DVD.

Pokój jest w bloku przy ulicy Grunwaldzkiej w Lublińcu koło Częstochowy.

W pokoju leży dziecko. Chłopczyk. Ma 11 miesięcy. Wierci się, gdy dym drażni mu oczy, kwęka, gdy mężczyzna pokrzykuje do siłaczy na ekranie.

Nie jest ani wdzięczny, ani posłuszny. Zużywa za dużo pieluch, zjada za dużo mleka. Nie chce podnosić główki do góry. Jeszcze niedawno tak ładnie się rozwijał - próbował siadać, szczerzył bezzębne dziąsła do grzechotek. - Ale smerfik - chwaliły sąsiadki zaglądające do wózka. Teraz nie chce. Płacze: o piątej rano, o piątej po południu, przy przewijaniu i w trakcie kąpieli, przed i po jedzeniu, kiedy leży sam i gdy ktoś się do niego zbliża. Nie-ustannie. - Nie idź do niego - mówi mężczyzna, kiedy wieczorem leżą razem na wersalce. - Gówniarz nie może nam wchodzić na głowę. Albo: - Ucisz go, kurwa, bo was wyrzucę. - Zamknij się! - krzyczy wówczas kobieta na dziecko. - Cicho! - mówię!

Niedługo na policji kobieta zezna: - Nie rzucaliśmy dzieckiem o ściany, nie dusiliśmy poduszką. Ot, czasami dostał łapką na muchy. Po rączkach, po pupie, w twarz. Za upartość. Za złośliwość. Za to, że miny robił. Oczami przewracał, zupełnie jak jego ojciec, który się go wyparł. No i wył. Nie patrzył, że człowiek zmęczony jest.

- Ale on miał dopiero 11 miesięcy, może wystarczyło przytulić? - zapyta ją niebawem dziennikarka.

- Toż się go przytulało - odpowie kobieta. - Ćwiczyliśmy, bawiliśmy się. Kochało się go przecież. Konkubent na niego pieniądze dawał. W miłości był lepszy ode mnie. Ja swojemu Dawidkowi nic nie dałam.

Dawid M. zmarł 25 października 2004 roku w Lublińcu. Konkubent Grażyny M. uderzył go ręką w tył głowy i klatkę piersiową. Obrażenia: połamane żebra, pęknięta podstawa czaszki, krwiaki wewnętrzne. Po pobiciu matka nie udzieliła mu pomocy. Wstydziła się wezwać pogotowie.

Kijem od szczotki. Bo nie rozumie, jak się do niego mówi

"Kolejne dziecko pobite na śmierć" - podały tego dnia telewizyjne dzienniki.

Cały kraj zobaczył zwykły blokowy pokój z odpadającymi płytkami PCW. Puste łóżeczko pod oknem, pusty wózek pod drzwiami. Pokazano Grażynę M., która samotnie stoi nad małym grobem. Sąsiadów, którzy tłumaczyli się, że nie słyszeli płaczu Dawida. Mówili: - Bestie. Nawet psy wiedzą, że szczeniaków się nie gryzie.

Od tego czsu podobnych komunikatów w polskich mediach było jeszcze kilkanaście.

Rzeszów - 10-miesięczny Adam pobity przez ojca moczonym pasem

Szczecin - 4-miesięczny Aleks zgwałcony i pobity przez ojca deską do mięsa.

Łódź - 3,5-miesięczny Patryk przypalany papierosami przez matkę, bity po głowie przez ojca (nie będzie widział ani słyszał).

Tychowo k. Koszalina - 14-miesięczny Kuba z obrażeniami głowy od pięści ojca (przeżył trepanację czaszki, grozi mu życie na wózku).

Legnica - 15-miesięczny Kacper trafił do szpitala z siniakami na całym ciele, złamaną kością potyliczną, bo "nie rozumiał, jak się do niego mówi".

Angelika z Bielska-Białej,

Klaudia z Poznania,

Agata z Sosnowca...

Po śmierci tej ostatniej mieszkańcy Sosnowca zorganizowali pikietę protestacyjną pod komendą Policji. "Dożywocie dla zabójcy", "Śmierć za śmierć" - wypisali na transparentach. - Dlaczego tak się dzieje? - szlochała do telewizyjnych kamer Zofia Nogaj, emerytowana urzędniczka wracająca z zakupów. - Skąd się biorą tacy zwyrodnialcy? Normalny klaps, rozumiem, ale nie tak. Nie tak!

Smyczą jamnika Bobka. Za dwóję z matmy

- Normalne klapsy, proszę pani, za wywrócenie się w błoto, za zalanie barszczem obrusa babci, za wylizywanie talerza w restauracji - wylicza Piotr G., 33-letni inżynier.

Lanie to część dzieciństwa. Normalne jak bieganie za piłką do nocy. - Taka technika wychowawcza. Nawet ksiądz lał nas na religii. Dostałem linijką po łapach, gdy się nie nauczyłem na pamięć dziesięciu przykazań.

W rodzinnym domu u Piotra G. w Bartoszycach przy drzwiach wejściowych zawsze wisiała smycz. Była tam nawet po śmierci ich jamnika Bobka - stara, wysuszona, popękana skóra. Używana do końca, dokąd nie powyjeżdżali na studia.

Piotr G. pamięta, że kiedy on albo brat coś przeskrobali, mama pojawiała się w ich pokoju ze smyczą zawieszoną na szyi. Miała zasadę: każdy wie, jak wielkie zło uczynił. Nic nie musiała mówić. Chłopcy bez słowa ściągali majtki, kładli się na krześle, mówili: 20 za dwóję z matmy albo 40, bo podpalałem saletrę z cukrem. Ona - biła.

Ostatnie lanie - za powrót z sylwestra po północy. Piotr G. był już wtedy pełnoletni, ale wciąż musiał meldować się w domu o 22. Według ojca, wracając później, nie okazywał szacunku rodzicom. Aby nauczyć go szanować starszych, w Nowy Rok wyciągnął go z łóżka za ucho i dał mu w twarz.

Piotr G.: - Nawet nie bolało. Przywykłem. Tym bardziej że w skórę dostawali wszyscy moi kumple. Po wywiadówkach zawsze robiliśmy giełdę, który więcej wytrzymał. Najlepszy był Maciek Słomka. Ojciec łoił go regularnie na początku miesiąca, na zapas - żeby nie przyszło mu do głowy pyskowanie albo wagarowanie. Mieszkali w komunałce. Wspólna łazienka, wspólny z sąsiadami korytarz. A na korytarzu cyrk - Maciek i jego trzej młodsi bracia stoją w kolejce do bicia. Wszyscy w powyciąganych bawełnianych slipach koloru kakao. Czasami z chłopakami chodziliśmy oglądać. Kibicowaliśmy przy każdym smagnięciu pasem. Wojskowym, z metalową klamrą. Potem, na WF, kiedy Maciek udawał chorego, by nie pokazać siniaków, podpuszczaliśmy nauczyciela: "Pan nawet nie wie, jaki talent siedzi w szatni. Wczoraj graliśmy z chłopakami z VIIc, obronił wszystkie strzały".

I on wyciągał tego biednego Maćka na boisko, kazał mu się rozbierać do spodenek i koszulki. Kulenie się, zasłanianie, obciąganie nogawek i rękawów, podciąganie skarpet. Robił, co mógł, żeby nic nie było widać. Mieliśmy ubaw.

Kiedyś Maciek dostał za papierówki od sąsiada. Ojciec przyłapał go, jak jadł je na ulicy. "Tato, nie ukradłem" - krzyczał wtedy na korytarzu. "On naprawdę nie ukradł - tłumaczyliśmy staremu Słomce - same spadają na chodnik. Wszyscy jedzą". Ale on nie słuchał. Walił, żeby już nigdy żadne jego dziecko nie wchodziło do cudzego sadu. Maciek dosłownie latał od ściany do ściany.

Pamiętam, że najmłodszy Słomka stał w drzwiach ich mieszkania i zasłaniał sobie oczy. A wie pani, co zrobił Maciek? Jeszcze tego samego popołudnia poszedł do tego sadu. Strząsnął wszystko, co było. Dojrzałe i niedojrzałe. Czerwone i zielone. Skakał z drzewa na drzewo jak Tarzan. Właściciela krew zalewała. Tłum pod płotem. Wezwał milicję. Trzech wdrapało się na jabłonkę, podcięli mu nogi, żeby stracił równowagę. Spadał jak kukła Marzanny do wody.

"Zamknijcie go - powiedział stary Słomka, który wszystkiemu się przyglądał - niech się w końcu nauczy". Wypuścili go dopiero rano, kazali iść do szkoły. I on przyszedł. Cały zasikany. I ze strachu zlał się w te swoje kakaowe majtki, mówię pani.

Roman G., ojciec Piotra, kiedy o tym usłyszał, powiedział: - Jak któryś z was wyląduje na milicji, wychłostam pod ratuszem.

Widłami w stopę. Bo się zbuntował

- Chłopcy wyrośli na ludzi - mówi dziś Helena G., emerytowana nauczycielka chemii. Potężna postura, futro z nutrii, moherowy beret. W Bartoszycach jest poważana. Do dziś rodzice przysyłają jej swe dzieci na korepetycje. Cenią jej tradycyjne metody nauczania. - Jak się który nie nauczy - mówią - ucho mu nakręci i od razu tablica Mendelejewa wklepana na pamięć.

Jej dzieciństwo na mazurskiej wsi: krowy napaść, kury nakarmić, buraki, ziemniaki. - Nie było to tamto - mówiła synom, jak nie chcieli sprzątać w domu. - Ojciec powiedział, trzeba było wykonać. Inaczej tydzień na dupę nie usiadłeś.

- Studia skończone, żony znalezione, z głowy - mówi o swych synach Roman G., emerytowany budowniczy dróg i mostów.

Potężna postura, kurtka siedem ósmych, kapelusz tyrolski. W Bartoszycach szanowany. Wywalczył w gminie drogę dojazdową do osiedla domków jednorodzinnych przy ulicy Krzywej.

Jego dzieciństwo na mazurskiej wsi: oranie, wyrzucanie gnoju, podrzucanie snopków. Kiedyś nie chciał zarżnąć świni, ojciec z nerwów przebił mu widłami stopę. Na tym dyskusje się skończyły. Do jego śmierci pomagał mu w gospodarstwie. Każdą wolną chwilę spędzał z ojcem: wolne soboty, niedziele, wakacje. Jego synowie nie pamiętają, by grali z nim w piłkę, by chodzili wspólnie do kina, jeździli nad jeziora, nie pamiętają, by się razem z czegoś śmiali.

Helena i Roman G. poznali się na studiach w Olsztynie. Do Bartoszyc trafili na praktyki w latach 60. Zostali. Dorobili się domku z pustaków na przedmieściach. Dorobili się synów.

Otwartą dłonią. Za potłuczony talerzyk

Pokój jest największy w całym domu. Wytapetowany zmywalnymi, łatwymi w utrzymaniu tapetami. W oknach draperie firan. Na ścianach i podłodze skóry zabitych zwierząt.

Pokój wypełnia olbrzymi stół. Bożonarodzeniowy. Przy nim rodzina, dziadkowie, wnuki, kuzyni. Spotkali się jak co roku. Pani domu stara się. Talerzyki do przystawek, do zupy, do drugiego. Talerzyki deserowe. Pan domu też się stara, półlitrówka w ręku. Polewa. Na głos dziękuje Bogu: za dary na stole, za spotkanie z rodziną, za to, że dzieci nie zeszły na złą drogę.

- Pamiętacie, jak po pierwszej komunii Piotrek zamiast pozować do zdjęć za kościołem pobiegł do domu na rower? - pyta. - Cały biały garniturek w smarze, gromnica złamana! Księdzu trzeba było nakłamać, że się w błoto wywrócił. Dostał wtedy tak, że cały dzień przesiedział przy stole. Tylko łzy leciały mu do rosołu jak groch. Piotruś, podaj śledzie - podał, podsuń chleb - podsunął. Nie to dziecko. I tak ma do dziś.

Paweł bardziej się buntował. Raz nawet schował smycz, żeby nie dostać za dziewczynę. Rzucił ją, a ona potem ganiała po mieście i rozpowiadała, że G. to chamy. W garażu bacik miałem. Jak go nie świsnę. "Żebyś więcej żadnej nie skrzywdził". Swoją Magdę szanuje. W lecie ślub.

Rodzina podziwia. Rodzina się zgadza. Jest zwarta, solidarna, mocna.

- Lepsze bite niż proszone - mówi ciotka, siostra Heleny G. - Mój wnuk chowany jest bezstresowo. Nie zjem kalafiora, nie lubię kaszy. Synowa: nie, to nie. A moje nie chciały jeść, to się je przywiązywało do krzeseł, dopóki nie skończyły. Przełykały, popijały, grzebały w talerzu. Zjeść musiały. Kiedy mi go przywieźli ostatnio, też niczego nie chciał. Szmatą przeleciałam po plecach. Zjadł wszystko. Poszanował cudzą pracę.

Rodzina kiwa głowami. Atmosfera świąteczna jest najważniejsza. Jakie święta, taki cały rok. Nie wie o tym Filip, 3-letni syn Piotra G., który nie może się doprosić o drugi kawałek ciasta. Rodzina na Filipa nie zwraca uwagi. Jest za mały, by zabierać głos przy rodzinnym stole. Jest niewiele większy od talerzyka deserowego babci Heleny. Filipa to złości. Filip nie potrafi tego zrozumieć.

- Coś ty narobił? - krzyczy Piotr G. - Stłukłeś talerzyk ze ślubnego serwisu babci!

Filip płacze. Krzyczy. Rzuca się. Nie pomagają prośby. Ponaglenia. Rozkazy.

Roman G.: - Przylejcie mu, to wasze dziecko.

Piotr G. (potem): - Przylałem, choć mi się serce kroiło. Żona pretensje miała, ale przekonałem ją, że do chłopców trzeba męskiej ręki. Teraz sama mi go oddaje, gdy mały rozrabia. Ostatnio w hipermarkecie znów dostał histerii. "No, zrób coś" - prosiła. Wziąłem na kolano, zdjąłem pampersa. Po kłopocie. Siedział w wózku jak trusia.

Piotr G. nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Mówi: - W piaskownicy, gdzie mały się bawi, klapsy dostaje każde dziecko. Taki na przykład Bartek, kolega Filipa, dostał za to, że się zsikał w przedszkolu, a Michał za to, że ciągle piszczy.

Dziś Piotr G. jest przekonany, że gdyby nie bicie, nie byłby tym, kim jest.

Nie siedziałby teraz na kanapie z naturalnej skóry, nie byłoby go stać na raty za własne mieszkanie na warszawskim Ursynowie. Nie skończyłby Politechniki Warszawskiej, nie byłby instalatorem nadajników w firmie telefonii komórkowej, nie byłby punktualny, obowiązkowy i odpowiedzialny.

- Nie nauczyłbym się nawet tabliczki mnożenia - śmieje się - bo mi się po prostu nie chciało. Jak miałem kłopoty, zakładałem nowy zeszyt i wydawało mi się, że nic nie widać. Rodzice potrafili takiemu leserowi jak ja pokazać, że nie można całe życie wyrzucać ogryzków za łóżko. Nie ma się co oszukiwać, gdyby nie smycz Bobka, byłbym zerem.

Metalową żmijką. Za to, że jest gnojkiem

"Jestem gnojkiem, jestem prawdziwym gnojkiem" - powtarzał przez godzinę dziennie siedmioletni Kacper z warszawskiego Mokotowa (prawie nie widać jego wielkich zielonych oczu zza rozczochranej czupryny).

Karę powtarzania otrzymał za nieumiejętność cichego zamykania drzwi od łazienki. Trwała miesiąc.

Kiedy Kacper się buntował i milczał - dostawał żmijką przez plecy.

Dziś siedzi w pastelowej poczekalni siedziby Fundacji "Dzieci Niczyje" przy ulicy Mazowieckiej i rysuje papugę Zuzię. Zielona ara jest fundacyjną maskotką. Ma rozluźniać dzieci, które przychodzą tu na terapię.

Dzieci: zbuntowane nastolatki, agresywne pierwszaki, wystraszone przedszkolaki.

Opiekunowie: sprzedawczyni w hipermarkecie, urzędniczka ministerialna, nauczycielka fizyki, bezrobotny ślusarz, niepracująca żona pracownika ambasady, wychowawczyni z domu dziecka, z pogotowia opiekuńczego.

Na ławce pod ścianą głowa obok głowy. Ciasno upchnięty tułów obok tułowia. Przypominają wraki samochodów przed warsztatem. Czekają, by je ktoś naprawił. Dodał brakujących części, nadmuchał, co pękło, naoliwił, co skrzypi.

Jolancie Zmarzlik, psychoterapeutce, mówią o sobie: zero, nieudacznik, słabeusz, niezdara, brudas, smark, syf.

Kacper, który trafił tu z polecenia psychologa szkolnego (był agresywny na lekcjach), opowiadał: - Dostałem pałę z dyktanda, nie umiem pływać, wywróciłem się na asfalt - bo jestem gnojem.

- Nie pomyśli - mówi Jolanta Zmarzlik - że pała jest za to, że nie nauczył się słów z "o" kreskowanym, nie pływa - bo nie umie skoordynować ruchów, poleciał na chodnik, bo się po prostu potknął.

Kacper mówi: - Nie opłaca mi się odkurzyć pokoju, nauczyć się wiersza na pamięć, poskładać zabawek. Nie umiem. Nie chce mi się. Nie wiem. Co w domu? Nic. Co w szkole? Nic. Jak leci? Leci.

Klaps to wyładowanie emocji rodziców. Ich złości, ich strachu, bezradności. Wobec banku, który przysłał ponaglenie do zapłaty kredytu, wobec nadmiaru pracy po godzinach, wobec braku pracy, braku wakacji we Włoszech, braku dobrego samochodu, odpoczynku, marzeń o przyszłości.

Klaps to brak wiedzy o psychice i rozwoju dziecka. Wygoda. Uderzenie trwa chwilę, szukanie innych sposobów wymaga myślenia i cierpliwości.

Pierwszy klaps wywołuje strach, kolejny utrwala lęk. Zimna przemoc fizyczna prowadzi do nieustającego poczucia niepokoju, poczucia bycia nie w porządku, bycia małowartościowym w różnych sytuacjach w życiu.

- Kacper nie będzie trzaskał drzwiami do łazienki nie dlatego, że zrozumiał, dlaczego ma tego nie robić - mówi Jolanta Zmarzlik. - Kacper nie będzie trzaskał, bo się wycofał. Jego ciekawość świata została zbombardowana. Przestał się więc rozwijać intelektualnie i emocjonalnie. Boi się ruszyć, by nie dostać po łapach, by nie usłyszeć, że jest niczym.

Kacper być może już nigdy nie będzie sobą. Na razie buntuje się przeciw ideałowi rodziców. W klasie nabija się z lepszych uczniów, uważa ich za złamasów, słabeuszy. Z czasem być może podda się rodzicom. Posprząta w szufladach i na półkach.

Nie wierząc w siebie, zda maturę, zostanie nawet księgowym albo inżynierem. Na zewnątrz wszystko będzie OK. Wewnętrznie będzie słaby. By odróżnić dobro od zła, będzie potrzebował autorytetu zewnętrznego. Będzie zewnątrzsterowalny.

Stanie się podobny do Piotra G.

...lub innym przedmiotem, bo jest naszą własnością

Historia Piotra G. jest standardowa: klapsy dla niego to była codzienność - 63,3 proc. Polaków dostało klapsa chociaż raz w życiu (badania TNS OBOP na zlecenie Fundacji "Dzieci Niczyje", grudzień 2005), raz na jakiś czas był bity smyczą - 38,8 proc. doświadczyło bicia pasem lub innym przedmiotem, kilka razy w życiu miał naciągnięte ucho - przyznaje się do tego 25,7 proc. Polaków, był szarpany - 20,9 proc. badanych miało takie doświadczenie. To nie żarty - ponad 80 procent Polaków przyznaje, że w dzieciństwie doznało kar fizycznych (badania OBOP z 2001 roku), tyle samo bije własne dzieci.

- Polskie społeczeństwo daje moralne przyzwolenie na bicie dzieci - mówi Mirosława Kątna z Komitetu Ochrony Praw Dziecka. - Pan Bóg, dyktując Mojżeszowi dekalog, pamiętał tylko o szacunku do rodziców. O szacunku dla dzieci zapomniał. Dlatego większość rodziców traktuje je jak swoją własność (w badaniach przyznaje się do tego prawie 60 proc. Polaków), uważa, że może z nimi zrobić wszystko. Ma władzę absolutną.

Śmiertelne pobicie niemowlaka ważącego 10 kilogramów w ocenie polskiego wymiaru sprawiedliwości nie jest morderstwem, jest pobiciem ze skutkiem śmiertelnym.

Kat nie dostaje dożywocia, tylko 12 lat. A przecież taki Marcin W., tata 3,5-miesięcznego Patryka z Łodzi, musiał mieć świadomość, że uderzając w jego główkę, uszkodzi mu mózg, że zrobi z niego kalekę - niesłyszącego, niewidomego. Jak nie miał - tym gorzej. Widocznie nie powiedział mu o tym ani dom, ani szkoła.

Polskie prawo karne wciąż dopuszcza stosowanie bicia dzieci jako metody wychowawczej, "jeśli użyte środki są proporcjonalne do przewinienia oraz nie zagrażają psychicznemu lub fizycznemu rozwojowi dziecka" (A. Marek w książce "Prawo karne. Zagadnienia teorii i praktyki", Warszawa 1997).

- To nie jest problem marginesu społecznego - tłumaczyła Kątna komunistycznym władzom, kiedy w latach 70. zakładała Komitet Ochrony Praw Dziecka. - To problem społeczny. Biją rodziny lekarskie, prawnicze, nauczycielskie, urzędnicze, uniwersyteckie, robotnicze i chłopskie.

- To problem kapitalizmu, problem Zachodu - odpowiadali wtedy. - Rodzina komunistyczna jest silna i zdrowa.

- Ile jest tych pobitych? 50 rocznie? Nie ma o co kruszyć kopii - odpowiadali lekarzom, którzy uczyli się rozpoznawać tzw. zespół dziecka maltretowanego (m.in. ślady po kablu na plecach, złamane żebra, pęknięte wątroby, wyrwane ze stawów ręce i nogi).

- To problem konkubinatów, ludzi żyjących bez zobowiązań - odpowiadają dzisiaj w Sejmie IV RP. - Polska rodzina, wyrosła w tradycji katolickiej, jest stabilna i szczęśliwa.

- A historia Daniela zatłuczonego przez macochę nauczycielkę za to, że nie umie zawiązać sznurowadeł? - pytała Mirosława Kątna posłów pięć lat temu, kiedy nie chcieli się zgodzić na powstanie Biura Rzecznika Praw Dziecka. - A historia Joanny bitej przez ojca dziennikarza za to, że brzydko pisze i robi kleksy? Historia Basi bitej za spóźniony o pięć minut powrót ze szkoły?

- Od pozwolenia na klaps zaczyna się wiele tragedii - mówiła wtedy. - Łatwo przekroczyć granicę.

Ręką. Bo nie sprzątnął klocków

Pokój jest wynajęty. Klasyka: wersalka, szafa i stół pośrodku. Stare kotary zasłaniają okna.

Przy lampie z abażurem siedzi kobieta. Ma zmęczoną twarz i smutne oczy. Ma własny czajnik elektryczny, kuchenkę mikrofalową i 30-letnie radio Amator, co wieczór słucha Trójki. Nazywa się Anna T., ma 48 lat, pracę kierowniczki zmiany w zakładzie szyjącym odzież w Grodzisku Mazowieckim.

Dziesięć lat temu miała własne mieszkanie, kredens pełen sosjerek i kieliszków, miała szafę pełną świeżo uprasowanej pościeli. Miała męża. Nie pracowała. Wychowywała 3-letniego syna.

Anna T.: - Chodziliśmy do piaskownicy, do parku, na huśtawki. Wojtek był pogodny. Lubił, kiedy się go gilgało w brzuszek, w stopy. Śmiał się wtedy głośno. Szczęśliwy był. Ja byłam szczęśliwa.

Kiedyś zrobiłam mu kolację, to, co chciał: jajko w majonezie i kiszony ogórek. Mówię: "Posprzątaj klocki i chodź". Przychodzę za chwilę, a tu jeszcze więcej rozrzucone: "Wojtek, nie możesz tak brudzić. Sprzątnij i do stołu".

A on nic. Tylko patrzy na mnie i łup samochodzikiem w szafę, łup w podłogę. No to dałam mu klapsa. Wtedy on zrzucił wszystko ze stołu i z półki. Dałam drugi raz w pupę. To on mnie ugryzł. I wie pani co? Ja już wtedy byłam taka zła, że lałam, jak popadnie. Nie zauważyłam, gdy się uchylił i uderzył głową w kant szafki. Jak walnęłam go w ucho, Wojtek przestał słyszeć, ciągle się mu coś z tego ucha lało. Jedna operacja, druga. Nic nie pomagało. Mąż mnie winił. Po dwóch latach się ze mną rozwiódł. Sąd zabrał mi prawa rodzicielskie. Nie mogę się nawet do swego dziecka zbliżyć. Wiem, że zna język migowy, że chodzi do szkoły dla głuchoniemych.

Czasem dzwonię do dawnej sąsiadki, to mi opowiada.

Za trzy lata syn będzie pełnoletni - chcę mu powiedzieć, że nie chciałam go skrzywdzić, że cały czas go kocham.

Codziennie się modlę, by mi wybaczył. Muszę się nauczyć tej jego mowy. Brat znajomej z firmy obiecał mi pokazać kilka znaków.

Czym popadnie. Za kleksy, za brzydkie pismo

Joanna R., o której posłom mówiła Mirosława Kątna, ta, którą ojciec dziennikarz bił w dzieciństwie, m.in. za brzydki charakter pisma, nie lubi Bożego Narodzenia. Woli Wielkanoc. Kawałki jajka zjada się samemu, nie trzeba dzielić się nimi z najbliższymi tak jak opłatkiem. Joanna R. nie może się przemóc - czuje fizyczny wstręt do swoich rodziców. Nie potrafi się do nich przytulić, nie potrafi podać im ręki. Ma obrzydzenie.

Ostatnio przyznała się przyjaciołom, że od roku chodzi na psychoterapię.

Nie potrafi zaufać mężczyznom. Zamiast kochać, to z nimi wojuje. Boi się, żeby nie zostać zdominowana. - Ty? - pytali przyjaciele. - Ty masz problemy ze sobą?

Joanna R. na co dzień jest konkretna, ostra, asertywna. Też została dziennikarką. W jednej z telewizji prywatnych robi dokumenty. Krytyczne, mocne, kontrowersyjne. Ostatnio o nastolatce, która popełniła samobójstwo, gdy rodzice wysłali ją do świetnej i elitarnej szkoły za granicą. Pokazała, jak nadmierne oczekiwania wobec dziecka mogą zniszczyć jego psychikę, mogą je złamać. Tak jak rodzice jej bohaterki złamali córkę.

Henryk R., ojciec Joanny: - To film o wielkiej zagadce, jaka tkwi w człowieku. Miała wspaniałych rodziców, wszystko, o czym można marzyć, a jednak...

Joanna R.: - Nie zrozumiałeś chyba, o co chodzi.

Henryk R.: - Oj, coś mi się wydaje, że ten twój film mądrzejszy od ciebie.

Joanna wyszła wtedy z pokoju. Płakała. Nigdy jeszcze nie udało jej się przegadać ojca. Nigdy jeszcze z nim nie wygrała. On wciąż nic nie rozumie.

Bił ją od piątego roku życia. Wie dokładnie. Ostatnio odsłuchiwała taśmy z dzieciństwa (ojciec nagrywał wywiady z nią na magnetofon Grundig).

Ma nagrany swój wesoły głos, gdy skończyła 3 lata, gdy skończyła 4. 5-letnia Asia już nic nie chciała mówić do mikrofonu.

- Wtedy już próbowałam pisać - opowiada. - Nie wychodziło równo. Za każde wyjście poza linijkę - po łapach. Za kleks - po łapach.

I tak już do końca podstawówki. Pamiętam, jak wieczorami, kiedy ojciec wracał z pracy, udawałam, że śpię. Wyrywał mnie z łóżka: - Co jutro masz? Jakie lekcje?

- Polski, matematykę - jąkałam się - biologię, nie biologię, geografię.

- No to co? Biologię czy geografię? Plan lekcji mi przynieś!

- Wf masz! - krzyczał. - Nie wiesz, że masz jutro WF? Torby ze strojem nie spakowałaś?

Lanie. Lanie za spóźnienie się do domu, za to, że pomyliła początek wiersza, za to, że nie zapamiętała wszystkich słówek z angielskiego. Dbali o jej edukację - prywatne lekcje języków zawsze miała opłacone. Kupowali jej dżinsy w Peweksie. Na śniadanie zawsze była najlepsza szyneczka wystana w kolejce przez mamę.

Ostatnio na terapii przypomniała sobie, że kiedy miała siedem lat, tańczyła w domu i wywróciła się, rozbijając głowę. Mama zawiozła ją do szpitala. Tam przywiązali ją do stołu i zszywali na żywca. Bolało.

Nazajutrz chciała się pożalić się ojcu.

- Wiesz, co się stało? - spytała, gdy jadł śniadanie.

- Masz szczęście, gówniaro, że mnie przy tym nie było - odpowiedział obrażony. - Dostałabyś dodatkowo za to, że nie uważasz.

Dzieciństwo Joanny R.: codzienna modlitwa, by umarł, by zginął w wypadku, nie wrócił do domu, żeby rodzice się rozwiedli.

- A gdzie była wtedy mama? - zapytał ją psychoterapeuta.

Joanna R.: - Uświadomił mi, że mama nigdy nie stawała w mojej obronie, uciekała, by nie widzieć, co on ze mną robi. Czy mogłabym zostawić swojego synka Stasia samego, gdyby napadły nas psy we wsi, gdzie co roku jeździmy na wakacje?

- Mamo - zapytała ją ostatnio - dlaczego pozwalałaś, żeby ojciec się nade mną znęcał?

- Jak to? Ojciec się nad tobą znęcał? - zdziwiła się mama.

- No tak: bił mnie za zmoczenie butów nad morzem, dostałam w rocznicę komunii za brzydko wypisane zaproszenia dla gości.

- No i taka niewdzięczna wyrosłaś! - oburzyła się mama. - Widocznie za mało dostałaś!

Joanna R. nigdy nie podniosła ręki na syna, którego wychowuje sama. Stara się z nim dużo rozmawiać.

Ręką ojca? Ręką matki? Z 30 centymetrów, z pół metra.

W lutym ubiegłego roku w polskim Sejmie trwała debata nad projektem ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Dokładnie nad art. 5 zakazującym bicia dzieci (podobne prawo wprowadziła w 1979 roku Szwecja. Od tego czasu poparcie dla kar cielesnych w tym kraju zmalało z 53 do 11 proc.). Zapis ten miał podziałać na społeczeństwo wychowawczo. Wywołał burzę.

- To jest koń trojański - tłumaczył Tadeusz Cymański, poseł PiS. - To próba dekompozycji i demontażu polskiej rodziny. Przecież czasem ten klaps, ten właśnie klaps... Na zakaz używania zgody nie ma i nie będzie! I od tego wara!

- Mówią państwo, że klaps jest dopuszczalny - odpowiadała Mirosława Kątna, wówczas posłanka (SdPl). - Ja się pytam: Jaki klaps jest dopuszczalny? Ręką matki czy ręką ojca? Z jakiej odległości? 30 cm? Z pół metra? Który z nich wychowa, który uszkodzi?

Stanisław Gudzowski z LPR: - Zakaz doprowadzi do powstania grup dewiantów wychowywanych bezstresowo.

Kątna: - Nie chodzi o wychowanie bezstresowe. Chodzi o wychowanie bez przemocy.

Posłowie nie rozumieli, o co chodzi.

Odrzucili pomysł.

Całej dyskusji jak zwykle przysłuchiwały się tego dnia dzieci zwiedzające Sejm. Przyjechały z Łukowa, Włoszczowej, z Lublina, z całej Polski.

Patrzyły z galerii sejmowych.

PS Dane niektórych bohaterów zostały zmienione

Źródło:
http://serwisy.gazeta.pl/...html?as=1&ias=8

Dyskusja w portalu GW na temat artykułu:
http://forum.gazeta.pl/fo...2612&a=37532612

Miasta przed czołówką

A wczoraj przed głównym wydaniem Wiadomości były Katowice - widok na ulicę Chorzowską. Widok na kilka budynków - "Chorzowską 50"oraz centralę ING Banku Śląskiego, w dalszym planie "Superjednostka", "Żyleta" i skrawek "Altusa". Ale najważniejsze działo się później. Przejechał tramwaj Alstom 116Nd, czyli "karlik" w reklamie Polskiego Radia Katowice.

Tak wygląda ten tramwaj i ta reklama.
http://transport.asi.pwr.wroc.pl/2-178381.html

Zdjęcie to jest wykonane niemal dokładnie w tym samym miejscu, gdzie stała kamera TVP, ale obiektyw aparatu skierowany jest w drugą stronę (do tyłu). Tramwaj też jedzie w przeciwnym kierunku niż w TV (do Katowic, w TV jedzie do Chorzowa, Bytomia).

EDIT 31.08

Tradycyjnie na koniec miesiąca lista miast i kilka uwag - co było nietypowe, usterki czy co mi się spodobało).

01.08 - Kraków + Bydgoszcz + Warszawa Mokotów (z godz. 17:00, na początku dźwięk czołówki)
02.08 - Gniew (zamek)
03.08 - Szczecin (żagle)
04.08 - Sopot (molo, muzyka czołówki poszła, widok był nadal)
05.08 - Mikołajki
06.08 - Gorzów Wielkopolski
07.08 - Opole
08.08 - Łomża
09.08 - Tatry (śpiew ptaków)
10.08 - Iwonicz Zdrój
11.08 - Mikołajki (kamera w ruchu)
12.08 - Krosno
13.08 - Wrocław (fontanna, dziecko zainteresowane kamerą)
14.08 - Ruciane-Nida (żaglówki)
15.08 - Radzymin
16.08 - Inowrocław (fontanna, solanki)
17.08 - Grodzisk Mazowiecki (rowerzystka)
18.08 - Unieście (kuter na plaży)
19.08 - Ostróda (rzeka)
20.08 - Wrocław (fontanna)
21.08 - Karpacz (kościół w górach)
22.08 - Kodeń (kościół)
23.08 - Baranów Sandomierski
24.08 - Katowice
25.08 - Rawa Mazowiecka
26.08 - Szczecin
27.08 - Jelenia Góra
28.08 - Szczebrzeszyn (szum samochodów, chłopcy na rowerach rozmawiający na rynku)
29.08 - Kcynia
30.08 - Bydgoszcz (rzeka)
31.08 - Lubin (obchody rocznicy Solidarności, specjalny ozdobnik przy belce)

EDIT 02.10

Czas podsumować i z dyćka skomentować wrzesień

01.09 - Wieluń
02.09 - Toruń (zdjęcie z góry)
03.09 - Tarnobrzeg (centrum, jakaś rzeźba, dwa iglaki z czerwonymi kwiatkami)
04.09 - Tatry (wysoka trawa i fioletowe kwiatki na pierwszym planie)
05.09 - Płock (belka z nazwą miasta niżej niż zwykle)
06.09 - Kielce
07.09 - Piotrków Trybunalski
08.09 - Szubin (auta)
09.09 - Zielona Góra (fontanna, dużo ludzi, wózek)
10.09 - Poddębice
11.09 - Nowy Jork - Ground Zero
12.09 - Lublin (dużo przechodniów)
13.09 - Zamość
14.09 - Olsztyn (czerwone kwiatki na „pasie zieleni”)
15.09 - Lublin (oświetlony budynek)
16.09 - Góra św. Anny (zwiedzająca parka)
17.09 - Grodno
18.09 - Łowicz
19.09 - Przemyśl
20.09 - Nałęczów (woda, łabędzie)
21.09 - Zakopane (Wielka Krokiew)
22.09 - Pabianice (tramwaj - skład 2x105Na - na linii nr 11)
23.09 - Wrocław
24.09 - Krosno
25.09 - Sandomierz
26.09 - Piotrków Trybunalski
27.09 - Rzeszów
28.09 - Olsztyn (czołówka i początek bez muzyki)
29.09 - Września
30.09 - Kijów (przed wyborami)

EDIT kiedyś tam

Październik

01.10 - Kijów (Wiadomości częściowo z Ukrainy po wyborach)
02.10 - Warszawa (widok z góry)
03.10 - Olsztyn (miejski gwar na deptaku, stukot obcasów, panowie z jakąś dyktą)
04.10 - Koszalin (jakiś kościół, przejście dla pieszych)
05.10 - Wrocław (piękna fontanna, oświetlone kamienice)
06.10 - Rawa Mazowiecka (po deszczu, samochody jadą po mokrej jezdni)
07.10 - Tarnów (zamek/ratusz?, dźwięk dzwonu)
08.10 - Sochaczew (fontanna, głośny chlupot)
09.10 - Kutno (szum miasta)
10.10 - Koluszki (peron dworca PKP,
oczekujący pasażerowie, najeżdżający pociąg!!!)
11.10 - Leszno
12.10 - Świdnica
13.10 - Tomaszów Mazowiecki (fontanna, ulica przejeżdżającymi samochodami na drugim planie)
14.10 - Chodzież (szum przejeżdżającego samochodu, inne zaparkowane na rynku)
15.10 - Łódź (Piotrkowska, mokra nawierzchnia, rozmowy ludzi)
16.10 - Świdnica (żółty garbus)
17.10 - Oleśnica (zameczek w parku)
18.10 - Płock (fontanna)
19.10 - Parczew (skrzyżowanie)
20.10 - Biała Rawska (samochody)
21.10 - Warszawa (Sejm, wybory parlamentarne)
22.10 - Łódź (samochody, znowu mokro)
23.10 - Rzeszów (deptak, ludzie, rozmowy)
24.10 - Wrocław (fontanna, szum miasta)
25.10 - urżnięte nagranie - nie wiem
26.10 - Opole (Odra)
27.10 - Szczecin (ulica, samochody, w tym laweta z syrenką)
28.10 - Nysa (widok z wieży na rynek i ulicę)
29.10 - Białystok (chłopak na deskorolce wykonujący ewolucję, deptak podświetlany punktowo)
30.10 - Legnica
31.10 - Lesko (samochody)

EDIT 30.09.2008

Brakujący listopad:

01.11 - Szczecin – Cmentarz Centralny (dywan z zapalonych zniczy)
02.11 - Zielona Góra (Apteka pod Filarami)
03.11 - Nowy Sącz (fontanna, słychać jak hamuje samochód, w oddali sygnał karetki)
04.11 - Piotrków Trybunalski (samochód, kiosk Ruchu, kabiny telefoniczne)
05.11 - Iwonicz Zdrój
06.11 - Gdańsk (z przodu pusty plac, z tyłu ludzie)
07.11 - Głogów
08.11 - Skwierzyna
09.11 - nie wiem
10.11 - Przemyśl (fontanna)
11.11 - Warszawa (Dzień Niepodległości, pomnik Piłsudskiego, flagi)
12.11 - Jarosław
13.11 - Gorzów Wlkp.. (rondo, samochody, podświetlona jakaś konstrukcja, aż 35 sekund nagrania)
14.11 - Olsztyn (mokro i zimowo)
15.11 - Gdańsk (nadal zimowo, ładny kościół)
16.11 - Krzyżowa (widok z góry)
17.11 - Chorzów – Stadion Śląski (przed meczem Polska - Belgia)
18.11 - Mielec (z góry)
19.11 - Sochaczew (ławki)
20.11 - Kutno
21.11 - Brzozów (samochody, przejście dla pieszych, trzy koleżanki)
22.11 - Ostrowiec świętokrzyski (ujęcie na wzgórze)
23.11 - Niepokalanów (szczeka pies, zaparkowane samochody, odgłosy chodzenia)
24.11 - Rzeszów (ulica, przechodnie, samochód)
25.11 - Stalowa Wola (szosa, znaki poziome, ruch samochodów)
26.11 - Przemyśl (rzeka, na drugim planie szosa z samochodami)
27.11 - Piekary Śląskie (ikarus 280.26 PKM Świerklaniec - ex MZK Zielona Góra, pada śnieg, odgłos przewijania taśmy)
28.11 - Warszawa (biurowce, śnieg, w oddali słychać klakson)
29.11 - Częstochowa (latarnie, odgarnięty śnieg, poprzeczna szosa z samochodami, dwóch kolesi)
30.11 - Krynica (dużo śniegu, nieczynna fontanna, odgarniają śnieg, baba coś woła)

Kariera Nikodema Dyzmy- lektura na czasie

Wracam do naszej ulubionej lektury. Chyba czas znowu do niej zajrzeć patrząc na to co dzieje się w Petrobalticu.

Rozdział szósty
Auto szło równą szosą lekko i płynnie, prowadzone wprawną ręką szofera. Po wczorajszym deszczu szkliły się jeszcze tu i ówdzie małe szybki wody, świeży ranek pełen był słońca.

Dyzma jechał do Warszawy.

Kunicki umyślnie wyprawił go samochodem, nie koleją, gdyż twierdził, że tak będzie bardziej reprezentacyjnie.

Istotnie wysmukłe torpedo zdawało się być uosobieniem reprezentacji, uderzało luksusem, lśniło elegancją, imponowało niesłychanym przepychem wykończenia. Biała liberia szofera i pled z tygrysiej skóry, którym Dyzma miał przykryte kolana, uzupełniały całość. Toteż ilekroć zatrzymywali się w jakimś przydrożnym miasteczku, a zatrzymywali się rzadko, dokoła wspaniałego wozu zbierały się natychmiast grupki gapiów, którzy podziwiali nie tylko samochód, lecz i wielkopańską minę rozpartego w nim pasażera.

Na jednym z takich postojów Dyzma wyjął z teczki nie zaklejoną kopertę. Był to list hrabiego Ponimirskiego do pani Przełęskiej. Wziął ten list na wszelki wypadek i teraz zaczął go czytać. Brzmiał on, jak następuje:

Kochana Ciociu!

Korzystając ze sposobności, że w naszym Koborowie, zrabowanym przez bandytę Kumka, generalnym administratorem został JW Pan Nikodem Dyzma (kurlandzka szlachta), któremu całkowicie mogę zaufać, chociaż może na to nie wygląda, jako dżentelmenowi i memu koledze z Oksfordu, który jest mi życzliwy, czego się zresztą spodziewać należało, a nieżyczliwy dla łajdaka Kunika, co również jest zrozumiałe, pisze list do Najukochańszej Cioci, by raczyła naradzić się z kim trzeba i przy pomocy wpływów JW Pana Dyzmy postarać się o uwolnienie mnie z niewoli drogą ekspertyzy lekarskiej, jaka by ustaliła, że nie jestem chory na umyśle i mogę być sądownie uwłasnowolniony, bym wytoczył proces Kunikowi o przywłaszczenie Koborowa, a co pójdzie tym łatwiej, jeżeli Kochana Ciocia potrafi, gdzie należy, zebrać najściślejsze informacje o malwersacjach tego bastarda maglarki, o których mi Ciocia mówiła, a co dotyczyło jakichś podkładów kolejowych, złodziejstw przy dostawach i przywłaszczeniach szlacheckiego nazwiska "Kunicki" przez podrobienie, dzięki przekupstwu, dokumentów, które nagła rewizja mogłaby sprawdzić, gdyż Kunik wszystkie swoje papiery trzyma w kasie ogniotrwałej, stojącej za kotara w jego sypialni, o czym wywiedziałem się przez służbę, która częściowo jest mi oddana, wskutek czego w ostatecznym razie zamierzam dokonać un coup d'etat, jeżeli inaczej nie da się nic zrobić, wówczas draba osobiście zastrzelę, co nie sprawiłoby mi wszakże przyjemności, gdyż, jak Ciocia wie, poluję tylko na szlachetną zwierzynę, którą ta świnia, Kunik, nie jest, a jeżeli nie w chlewie, to powinien znaleźć się w więzieniu, w czym liczę na Kochaną Ciocię, gdyż po objęciu Koborowa natychmiast spłaciłbym Cioci cały mój dług wraz z procentami i zapłaciłbym również dług Zyziowi Krzepickiemu, a nawet ożeniłbym się z panna Hulczyńską, chociaż jest niemłoda i przesadnie piegowata, żeby tylko Cioci przyjemność sprawić, o czym i JW Pan Nikodem Dyzma jest poinformowany i w całej sprawie au courant, tedy z nim proszę naradzić się, gdyż on także ma w Warszawie ogromne stosunki, zwłaszcza w sferach rządowych, co nie może być bez znaczenia w mojej sprawie, będącej poniekąd także i sprawą Cioci, na co liczę bardzo, kończąc mój list, za długość którego przepraszam i łączę serdeczne ucałowania rączek, jako zawsze kochający siostrzeniec

George Ponimirski

Charakter pisma był nieczytelny i Dyzma dobre pół godziny strawił na wertowanie listu. Ucieszyło go to, że Ponimirski zaliczył jego nazwisko do kurlandzkiej szlachty, natomiast zaniepokoił fakt przypisania mu Uniwersytetu Oksfordzkiego. Jeżeli, Boże broń, ktoś zwróci się doń po angielsku, będzie wsypa, ani gadania.

Właściwie mówiąc nie był jeszcze zdecydowany na pójście do tej pani Przełęskiej. Jeżeli go coś skłaniało do tego, to nie tyle namowy półobłąkanego hrabiego, wyrażone zresztą w formie poleceń, ile ostatnie rozmowy z panią Niną. Nie zdradził jej swoich spisków z jej bratem, lecz zestawiając wiadomości, pochodzące ze stron obu, z niektórymi powiedzeniami Kunickiego, doszedł do przekonania, że pretensje Ponimirskiego nie są znowuż aż tak beznadziejne, jakby się to mogło wydawać.

Jeżeli tedy zdobędzie się na wizytę u pani Przełęskiej, może wyklaruje sobie całą kwestię.

Za wizytą przemawiały i inne względy, względy już osobiście go obchodzące. Mianowicie wpływy i stosunki towarzyskie u tej pani, obracającej się wśród wysokich sfer społecznych. Wpływy te mogłyby mieć wielkie znaczenie dla Dyzmy w załatwieniu spraw Kunickiego, od biegu których zależał los jego stanowiska.

Rozmyślał nad tym i nad sposobami odnalezienia pułkownika Waredy, gdy auto wjeżdżało w pierwsze zabudowania Pragi. Było już dobrze po zachodzie słońca i, jakby na spotkanie Dyzmy, szeregi latarń rozbłysły światłem.

- Dobry znak - powiedział półgłosem.

- Każe pan do Europejskiego? - zapytał szofer.

- Do Europejskiego - potwierdził Dyzma.

Po dobrze przespanej nocy wstał rześki i pełen dobrych myśli. Zaraz też wyszedł na miasto.

Z Ministerstwa Spraw Wojskowych odesłano Dyzmę do biura informacyjnego komendy miasta, tam zaś dowiedział się, że pułkownik Wacław Wareda latem zawsze mieszka w Konstancinie w willi "Haiti", do miasta zaś przyjeżdża zwykle po południu.

Z niezwykłej uprzejmości, z jaką go informowano, Dyzma domyślił się, iż pułkownik Wareda musi być osobistością wybitną. Chciał nawet zapytać o stanowisko Waredy, lecz zrezygnował z tego w obawie przed posądzeniem go o nieznajomość spraw państwowych.

Zbliżała się dopiero dziesiąta i Dyzma wpadł na pomysł, by zaraz pojechać do Konstancina. Tak też i zrobił. Wprawdzie droga była fatalna, jednakże dzięki sile motoru i doświadczeniu szofera jechali dość prędko i w pół godziny byli już na miejscu. Willę "Haiti" odszukali łatwo. Była co piękna piętrowa willa z obszernym tarasem, wychodzącym na ogród, a widocznym przez żelazną koronkę sztachet. Na tarasie siedział jakiś pan w pidżamie i czytał dzienniki. Gdy auto zatrzymało się przed furtką, odwrócił się i Nikodem od razu poznał pułkownika.

Ten natomiast, chociaż odpowiedział na ukłon, przyglądał się przybyłemu przez zmrużone powieki krótkowidza, dopiero gdy Nikodem otworzył furtkę, pułkownik zerwał się i krzyknął:

- Serwus! Jak Boga kocham, to nasz pogromca Terkowskiego! Witam, panie Nikodemie, gdzie pan przepadł? - ścisnął jego dłoń oburącz.

- Moje uszanowanie panie pułkowniku, siedziałem na wsi. Ale wczoraj przyjechałem do Warszawy, a dowiedziawszy się, że pana pułkownika tu znajdę...

- Brawo! Świetny pomysł! Zje pan ze mną śniadanie?

- Prawda, że wy, wieśniacy, wstajecie z kurami.

Pułkownik ucieszył się przyjazdem Dyzmy szczerze. Człowiek ten podobał mu się niezwykle, a przy tym luksusowy wóz Dyzmy był gwarancją puszczenia dziś w trąbę obrzydliwej kolejki wilanowskiej.

- Popiliśmy wczoraj tęgo - mówił Wareda - myślałem, że będę dziś miał kaca, ale na szczęście czuję się świetnie.

Rzeczywiście był wesół i ożywiony, a tylko nabiegłe krwią białka zdradzały wczorajszą libację.

- Powiadam: na szczęście - objaśnił - gdyż przecie będziemy musieli oblać pański przyjazd. Wie pan, że pańska historia z tym Terkowskim stała się wręcz anegdotyczną. No i może pan sobie wyobrazić, że utemperował pan jednak trochę tego bałwana.

- Eeee, czyżby?

- Jak Boga kocham. Bestia, że dostał się na stanowisko szefa gabinetu premiera, przewrócił sobie we łbie. Cymbał, zdawało mu się, że wszyscy przed nim będą plackiem!

- A cóż porabia minister Jaszuński?

- Jak to co? - zdziwił się pułkownik. - No przecież jest na zjeździe w Budapeszcie.

- To szkoda.

- Miał pan do niego jaki interes?

- Niewielki, ale miałem.

- No to posiedzi pan w Warszawie kilka dni. Przynajmniej zabawimy się. Jaszuński często pana wspomina...

Dyzma spojrzał na pułkownika z nieukrywanym zdziwieniem. Ten zaś dodał:

- Fakt, jak Boga kocham. Jak to on powiedział o panu? Zaraz, zaraz... aha! Ten pan Dyzma ma trafne podejście do życia: chwyta je za grzywę i wali w pysk! Co? Jaszuński ma swoje powiedzonka! Radziłem mu nawet wydać w książce aforyzmy.

Z dalszych wynurzeń pułkownika dowiedział się Nikodem, że stanowisko Jaszuńskiego jest zachwiane, gdyż zwalczają go namiętnie zarówno organizacje ziemiańskie, jak i związki drobnych rolników, a Terkowski kopie pod nim dołki wraz ze swoją kliką. Jest ciężki kryzys w rolnictwie i na to nie ma rady. A szkoda byłoby Jaszuńskiego, to człowiek z tęgą głową i brat łata.

Rozmowa przeszła na temat interesów Dyzmy i pułkownik zapytał:

- Pan, panie Nikodemie, zdaje się, jest wspólnikiem czy sąsiadem tego Kunickiego?

- I jedno, i drugie - odparł Dyzma - a ponadto jestem plenipotentem jego żony.

- Ach tak? Co pan mówi? Tej, tej hrabianki Ponimirskiej? To taka przystojna blondynka, prawda?

- Tak.

- Słyszałem coś, że ona tam nie bardzo z tym Kunickim.

- Bardzo nie bardzo - roześmiał się Dyzma.

- Między nami mówiąc, nie dziwię się, bo to przecie piernik i podobno nieciekawa figura. Pan to pewnie lepiej wie ode mnie.

- Ba, ale cóż robić?

- Rozumiem, rozumiem - potwierdził pułkownik - interesy są interesami. Nie pogniewa się pan, panie Nikodemie, że przy panu będę się ubierał?

- Proszę bardzo.

Weszli do pokoju i pułkownik wpadł na pomysł, by gościa poczęstować cocktailem własnego pomysłu. Tymczasem ordynans przyniósł mundur i po pół godzinie Wareda był gotów.

Wyszli do samochodu i pułkownik z zachwytem oglądał każdy jego szczegół. Musiał znać się dobrze na motorach, bo wszczął z szoferem rozmowę, w której raz po raz padały niezrozumiałe dla Nikodema słowa z terminologii technicznej.

_ Wspaniały, wspaniały - powtarzał Wareda z zachwytem, sadowiąc się obok Dyzmy. - Musiał pan grubo beknąć za ten wózek. Jakieś osiem tysiączków dolarów, co?

Auto ruszyło i korzystając z warkotu motoru, który zagłuszał słowa, Nikodem odparł:

- He, he, z ogonkiem.

W drodze umówili się, że spotkają się wieczorem na kolacji w "Oazie".

- Tam najlepiej, bo spotkamy wielu znajomych. Zna pan Ulanickiego?

Dyzma nie znał, lecz w obawie, że może to być jakaś osobistość znakomita, zapewnił, że zna tylko ze słyszenia.

Po odwiezieniu pułkownika do sztabu Nikodem wrócił do hotelu i kazał szoferowi przyjechać na dziesiątą wieczorem. Sam wszedł do kawiarni, a znalazłszy z trudem stolik i zamówiwszy herbatę z ciastkami, zaczął zastanawiać się, co zrobić z czasem, lecz nic mu na myśl nie przychodziło. W Warszawie nie znał nikogo, a przynajmniej nikogo takiego, kogo by dziś, zajmując wysoką pozycję administratora, spotkać pragnął. Na wspomnienie Barcików aż wstrząsnął się wewnętrznie. Ich zadymiona izba była dlań takim samym symbolem ponurej rzeczywistości, do której trzeba będzie wrócić, jak i wspomnienie brudnej, zakapanej atramentem tak zwanej "salki" urzędu pocztowego w Łyskowie. Wiedział, że wkrótce skończy się jego piękna przygoda, lecz wolał o tym nie myśleć.

Bezczynność jednak wciąż zwracała myśl ku przykrej rzeczywistości i by myśl tę odegnać, Dyzma poszedł na górę do swego pokoju. Tu przypomniał się mu list Ponimirskiego. Wyjął list i przeczytał ponownie.

- Ee tam! - machnął ręką. - Pójdę, co mi zrobią?!

Pani Józefina Przełęska dnia tego wstała z łóżka lewą nogą. Aksjomat ten został stwierdzony w kuchni jednogłośnie o godzinie dziesiątej, a o jedenastej w całym mieszkaniu zapanował taki rejwach i hałas, jakby tu nie o jedną lewą nogę chodziło, lecz przynajmniej o dwie.

O godzinie dwunastej szanowne mieszkanie pani prezesowej Przełęskiej przedstawiało już smutny obraz chaosu i paniki, w której czcigodne antyki wyprawiały dzikie harce, przynosząc się z miejsca na miejsce, aż wśród nieustającej awantury legły w prochu zadzierając do góry stylowo rachityczne nogi. Wśród popłochu służby pani domu cwałowała po mieszkaniu, niczym Walkiria na bojowisku. Wyprzedzał ją donośny werbel soczystych przekleństw, za nią jak skrzydła burnusu fruwały nad rumowiskami poły szlafroka.

W salonie warczał odkurzacz, na podwórzu rozlegały się salwy trzepanych dywanów, okna to otwierały się, bo w tym zaduchu me można przecie wytrzymać, to zamykały z trzaskiem, gdyż te przeciągi mogą głowę urwać.

Na dobitek nieustannie dzwonił telefon, w tubę którego spadał za to grad słów siekących jak bicze.

W takiej to właśnie chwili w przedpokoju rozległ się dzwonek. Tego już było nadto i pani Józefina osobiście skierowała tam swój kurcgalop, ku przerażeniu służby, która w duchu już poleciła opiece boskiej osobę niefortunnego gościa.

Drzwi otworzyły się z rozmachem, a przez nie jak strzał armaty huknęło gromkie:

- Czego?!

To nieuprzejme powitanie bynajmniej nie speszyło Nikodema. Przeciwnie, uczuł się nagle pewniejszy siebie, gdyż ton i wygląd tej damy przypomniał mu jego własną sferę.

- Ja do pani Przełęskiej.

- Czego, pytam?

- Mam interes. Proszę pani powiedzieć, że przyszedł kolega jej siostrzeńca.

- Jakiego siostrzeńca?

- Hrabiego Ponimirskiego - odparł wyniośle Dyzma. Efekt jednak był niespodziewany. Rozczochrana dama wyprężyła przed siebie ręce, jakby broniła się przed napastnikiem i zawołała doniośle:

- Nie płacę! Nie płacę ani grosza za mego siostrzeńca! Nie trzeba mu było pożyczać!

- Co? - zdziwił się Dyzma.

- Niech się pan zwraca do jego szwagierka! Ja nie dam ani grosza, ani grosza! To oburzające, wszyscy do mnie, to istna napaść!... Dyzma miał dość. Krew mu nabiegła do twarzy.

- Czego się pani wydziera, do stu diabłów! - ryknął z całej siły. Pani Przełęska umilkła, jakby rażona piorunem, oczy jej rozszerzyły się, skurczyła się w sobie i z przerażeniem spojrzała na intruza.

- Nikt tu od pani pieniędzy nie chce, a jeżeli czego chce, to właśnie oddać!

- Co?

- Powiadam: oddać.

_ Kto? - zapytała z rosnącym zdziwieniem.

_ A jak pani myśli, kto? Szach perski? Sułtan turecki?... Siostrzeniec pani, a mój przyjaciel.

Pani Przełęska chwyciła oburącz głowę.

_ Ach, niech pan wybaczy, mam dziś szaloną migrenę i służba doprowadziła mnie do pasji, niech pan daruje!... Bardzo przepraszam. Pan pozwoli.

Dyzma wszedł za nią do bocznego pokoiku, gdzie połowa mebli leżała na ziemi, a w środku stała szczotka do froterowania posadzek. Postawiła mu krzesło przy oknie i sama, znów przepraszając za swój strój, wyszła by zniknąć na dobre pół godziny.

Co za cholera - myślał Dyzma - wskoczyła na mnie jak szpic na garbatego. Diabli mnie tu przynieśli. Widać ciotka nie mniejsza wariatka od siostrzeńca. Niby wielka dama, a wygląda jak kuchta...

Długo nie mógł się uspokoić, gdy jednak to nastąpiło, zaczął żałować, że od razu tej babie powiedział o zamiarze Ponimirskiego oddania długów.

- Ma tamtego za wariata, gotowa i mnie wziąć za takiegoż. Wreszcie zjawiła się. Teraz ubrana była w piękny purpurowy szlafrok, miała uczesane włosy, a na jej mięsistym nosie i wystających policzkach bielała gruba warstwa pudru, jeszcze mocniej podkreślona jaskrawym karminem warg.

- Bardzo pana przepraszam, bardzo - zaczęła z miejsca - jestem doprawdy przemęczona nerwowo. Jestem Przełęska...

Wyciągnęła ku niemu długą, szczupłą rękę, którą Nikodem ucałował, wymieniając swoje nazwisko.

Zaczęła go wypytywać, przy czym pytania tak szybko następowały po sobie, że mimo dobrej woli nie mógł na żadne z nich odpowiedzieć. Wyciągnął zatem list Ponimirskiego i podał jej w milczeniu.

Wzięła list w palce i zawołała:

- Mój Boże, zapomniałam lorgnon, Franiu, Franiu! Antoni! Franiu! - wołała rozdzierającym głosem.

Rozległ się przyśpieszony tupot i po chwili pokojówka przyniosła szkła oprawne w złoto. Pani Przełęska zaczęła czytać list, w trakcie czego dostała wypieków i kilkakrotnie przerywała sobie, dla coraz wylewniejszego przepraszania Dyzmy.

List sprawił na niej silne wrażenie. Przejrzała go powtórnie i oświadczyła, ze sprawa jest niezmiernie ważna, nie dlatego, że Żorżyk ma oddać jej dług, ale w ogóle.

Wypytywała szeroko Nikodema o stan rzeczy w Koborowie, o nastrój "tej nieszczęsnej Minetki", o stan majątkowy "tego złodzieja Kunika", zakończyła zaś pytaniem, co o wszystkim sądzi szanowny pan. Szanowny pan nic nie sądził i odpowiedział półgłosem:

- Bo ja wiem? Trzeba byłoby pogadać z adwokatem.

- Mądra myśl, mądra myśl - podchwyciła pani Przełęska z akcentem uznania - ale wie pan co, najlepiej byłoby przedtem naradzić się z panem Krzepickim. Zna pan pana Krzepickiego?

- Nie, nie znam. A kto to?

- O, to bardzo zdolny człowiek i stary nasz znajomy, chociaż młody wiekiem. Proszę pana, pan stanął w hotelu?

- Tak.

- Czy nie odmówi pan, gdy go zaproszę na jutro na obiad? Będzie właśnie pan Krzepicki i omówimy całą sprawę. Dobrze?

- A o której?

- O piątej, jeżeli pan łaskaw.

- Dobrze.

- A niechże mi pan daruje niegrzeczne powitanie. Nie ma pan do mnie żalu?

- Skądże - odparł - każdemu się zdarzy.

Przyjrzał się uważniej i skonstatował w duchu, że wygląda nawet miło. Mogła mieć około pięćdziesiątki, lecz żywe ruchy i szczupłość figury robiły ją młodszą. Odprowadziła Dyzmę do przedpokoju i pożegnała wdzięcznym uśmiechem.

- U tych wielkich państwa - myślał Nikodem, schodząc ze schodów - to nigdy nic nie wiadomo.

Wstąpił do najbliższego baru i zjadł obiad. Było to o tyle przyjemne, że wreszcie jadł sam i mógł zachowywać się swobodnie, nie pilnując się, czy aby wypada to jeść łyżką, a tamto widelcem.

Z wizyty u pani Przełęskiej pozostało mu wrażenie, że wszystko skończy się na gadaninie, a z nadziei hrabiego Ponimirskiego będą nici.

- Nie taki głupi ten Kunicki, by dać się nabić na wszystkie boki. Sprytna jucha!...

Przez chwilę zastanowił się, czy wobec tego opłaciłoby się raczej opowiedzieć o wszystkim Kunickiemu. Doszedł jednak do przekonania, że najpraktyczniej będzie trzymać język za zębami. Zresztą nie chciałby wsypywać Ponimirskiego, gdyż nie wątpił, że tym sprawiłby przykrość pani Ninie, a to taka sympatyczna kobita...

W pobliżu baru wzrok Dyzmy uderzyła jaskrawa reklama świetlna. Kino. Jakże dawno nie był w kinie! Spojrzał na zegarek, miał jeszcze pięć godzin czasu. Nie namyślał się długo, wszedł i kupił bilet.

Film był niezwykle piękny i emocjonujący. Młody rozbójnik zakochał się uroczej panience, którą porwała inna banda, i po mnóstwie karkołomnych przygód i bohaterskich walk odbija dziewczynę i w finale staje z nią na kobiercu ślubnym, a co najciekawsze, ślubu udzielił im ojciec panny młodej, siwy ksiądz z dobrotliwym uśmiechem na fałdzistej twarzy.

Szczegół ten wywołał początkowo pewne obiekcje Nikodema, które rozwiały się wszakże pod argumentem, że przecie wszystko to dzieje się w Ameryce, a tam widocznie ksiądz może mieć dzieci.

Film był tak czarujący, że Dyzma przesiedział całe dwa seanse.

Gdy wyszedł z kina, ulice już jarzyły się tysiącami świateł. Chodnikami snuły się tłumy spacerujących. Wieczór był gorący i parny. Szedł pieszo do hotelu, przed którym już z daleka poznał wspaniałe auto Kunickiego.

- Moje auto! - pomyślał i uśmiechnął się.

- No, cóż tam? - zapytał szofera w odpowiedzi na jego ukłon.

- Ano nic, proszę pana.

- Cóż pan porabiał?

Szofer odpowiedział, że był u swoich krewnych, że sam pochodzi z Warszawy. Gawędzili chwilkę, po czym Dyzma poszedł do numeru, zmienił ubranie i kołnierzyk.

- Trzeba dziś szyku zadać, żeby pułkownika skaptować. Postawię mu szampana.

W kwadrans później zajeżdżał już przed "Oazę". W sali było jeszcze pusto. Przy kilku stolikach siedziało parę osób.

- Za wcześnie przyszedłem - stwierdził Dyzma.

Kazał sobie dać wódkę i przekąski. Kelner, tytułujący go per "jaśnie pan", natychmiast zastawił stół różnymi przyprawami, a dwaj inni raz po raz przynosili ogromne półmiski z wszelkiego rodzaju rybami na zimno, wędlinami, pasztetami itp.

Nikodem jadł bardzo wolno, gdyż chciał doczekać się pułkownika. Orkiestra grała jakieś symfoniczne kawałki. Sala z wolna zapełniała się.

Wreszcie około jedenastej przyszedł pułkownik Wareda. Wraz z nim wszedł krępy brunet w cywilnym ubraniu.

- O, pan już tutaj! - zawołał pułkownik. - Długo pan czekał?

- Eee, nie, kwadransik - odparł Dyzma.

- Panowie pozwolą: pan Dyzma, dyrektor Szumski - przedstawił pułkownik - zaraz tu przyjdzie i nasz kochany Jaś Ulanicki.

- Ach, przyjdzie ta kopalnia kawałów? - zawołał wesoło Szumski. - To wybornie!

- Nie macie pojęcia, jaki świetny udał mu się kawał, gdyśmy w maju byli w Krynicy.

- No?

- Otóż, wyobraźcie sobie, w naszym pensjonacie mieszkał też jakiś Kurowski, czy Karkowski, taki, wiecie, stuprocentowy mężczyzna, stuprocentowy dżentelmen, co to i tenis, i Byron, i Baudelaire, i Wilde, i Canale Grande, i Casino de Paris, i Monte, i obce języki, i gatunki win, i nazwy jedwabiów, i koligacje wyższych sfer - no, słowem, wspaniały. Kobiety za nim szalały, a przy wspólnym stole konwersacja zmieniała się co dzień, jak amen w pacierzu, w rodzaj monologu czy odczytu tego bubka. Gadał i gadał, dowcipkował, robił kalambury, wplatał aforyzmy coś w dziesięciu językach, słowem - czarował.

- Byczy typ - zawołał Szumski - jeżeli jeszcze miał parasol i nie wymawiał "r", dam głowę, że z MSZ-u! Pułkownik wybuchnął śmiechem.

- Jakbyś zgadł! Jak Boga kocham, ten typek nie rozstawał się z parasolem.

- No i co dalej?

- Wyobraźcie sobie, coś na piąty czy szósty dzień, gdyśmy szli na obiad, Jaś powiada: "Dalibóg, dłużej nie wytrzymam." Siedział, uważacie, vis a vis bubka. Ten jak zaczął czarować przy zupie, tak dojechał do pieczystego. Czekam, a Jaś nic. Siedzi i słucha, a typek uśmiechnięty, wytworny, wciąż czaruje. Pamiętam, zaczął właśnie opowiadać o najmodniejszych kolorach sezonu, gdy nagle mój Jaś odłożył nóż i widelec, z lekka podniósł się na krześle i, pochyliwszy się przez stół do owego czarodzieja, jak nie huknie: "Huuuu!..."

Dyzma i Szumski nie mogli powstrzymać śmiechu.

- Jak to - zapytał Szumski - po prostu "huuu"?

- "Huuu" i tyle, a znasz bas Ulanickiego! Nie macie pojęcia, co za konsternacja. Bubek poczerwieniał jak burak i zamilkł, jakby weń piorun strzelił. W jadalni zaległa cisza śmiertelna, wszyscy raptem pospuszczali głowy. Aż ktoś nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Tego tylko brakowało! Od razu cały stół zatrząsł się. Jak Boga kocham, nigdy w życiu nie widziałem jeszcze, by ludzie tak się śmiać mogli.

- A Jaś co?

- Jaś? Ano, jakby nigdy nic zabrał się do pieczystego.

- A bubek?

- Biedna kukła. Nie wiedział, czy wstać, czy zostać, wreszcie wstał i wyszedł. Tegoż jeszcze dnia wyjechał z Krynicy.

- I co dalej? - zapytał Nikodem, któremu ta historia ogromnie się

podobała.

_ Ano nic - odparł pułkownik - tylko Ulanicki stał się najpopularniejszą osobą w Krynicy.

Sala restauracyjna pełna już była gości. Między białymi stolikami pośpiesznie migały czarne fraki kelnerów, orkiestra grała jakieś namiętne tango.

Kończyli już kolację, gdy przyszedł Ulanicki.

Był to człowiek ogromnego wzrostu, z twarzą przypominającą tarczę, do której przyklejono ogórek potężnych rozmiarów i cztery wiechcie czarnego jak smoła włosia. Wąsy i brwi, niezwykle bujne, nie ustawały w ruchu, w przeciwieństwie do oczu, małych, zapadniętych i - zdawało się - wpatrzonych w jakiś daleki punkt w przestrzeni.

Gdy usiadł, Nikodem, nieco już podniecony alkoholem, rzekł:

- Pan pułkownik opowiadał nam ten pański kawał z Krynicy. Pierwsza klasa! Dobrze pan tego faceta usadził.

Wiechcie na twarzy poruszyły się gwałtownie.

- Co tam! Przecie panu lepiej się udało. Przecie to pan tego cymbała Terkowskiego objechał?

- On, on - potwierdził Wareda - morowy gość. Czuję, że się zaprzyjaźnicie. Wasze zdrowie.

Pili tęgo. Gdy grubo po północy przeszli na pierwsze piętro do dansingu i kazali dać sobie szampana, mocno już mieli w czubach. Przy stoliku znalazły się urocze panienki. Jazz grał zachęcająco i Dyzma, zaprosiwszy jedną z dam, puścił się w pląsy. Reszta towarzystwa przyglądała mu się z uznaniem, a gdy usiadł, jednogłośnie stwierdzono, że doskonały kompan i że może by tak wypić i bruderszaft... Wobec braku sprzeciwu z którejkolwiek strony dokonano tego aktu przy dźwiękach "Sto lat, sto lat...", które musiała zagrać orkiestra na żądanie pułkownika Waredy.

Jasno już było na dworze, gdy czterej panowie zajęli miejsca w samochodzie Kunickiego. Uchwalono odwiezienie pułkownika do Konstancina. Po przyjeździe na miejsce szofer obudził swoich pasażerów, Szumski czule pożegnał się z Dyzma, gdyż nie chciało mu się wracać do Warszawy.

- Prześpię się tu u Wacka, pa, Nikodemciu, pa... Ulanickiego odwiózł Dyzma na Kolonię Staszica, sam zaś wrócił do hotelu.

Kładąc się do łóżka, próbował zrobić retrospektywny przegląd zdarzeń ubiegłej nocy, lecz szum w głowie i dokuczliwa czkawka zmęczyły go wreszcie tak, że machnął na wszystko ręką.

Obudził się z bólem głowy dobrze po południu. Teraz dopiero spostrzegł, że spał w ubraniu, wskutek czego przypominało ono teraz wygniecioną szmatę. Zły był na siebie, chociaż zdawał sobie sprawę, że wczorajsza pijatyka z pułkownikiem i z dwoma dygnitarzami przyda się mu o tyle, że będzie miał łatwiejszy wstęp do ministra.

Przypomniał, że musi być na obiedzie u pani Przełęskiej. Trzeba było dać garnitur do odprasowania.

Do Kunickiego wysłał depeszę, zawiadamiającą, że wskutek nieobecności ministra będzie zmuszony pobyt swój w stolicy przedłużyć.

Do pani Przełęskiej pojechał samochodem. Okna mieszkania wychodzą na ulicę i być może ktoś zobaczy jego auto, to zaś doda mu szyku.

Właściwie mówiąc nie wiedział, o czym ma mówić z ciotką Ponimirskiego i z tym jakimś Krzepickim, a zwłaszcza nie widział celu tej rozmowy. Jeżeli zgodził się przyjść, to jedynie przez ciekawość i poniekąd dla atrakcyjności samej wizyty w wielkopańskim domu.

Już od progu zauważył, że dom ten za pierwszym razem oglądał w nienormalnych warunkach. Dziś było to poważne, pełne ciszy, dostojności i ładu mieszkanie. Wprawdzie nie wytrzymywało ono porównania z pałacem koborowskim, ale miało w sobie coś nieuchwytnego, co Dyzmie jeszcze bardziej imponowało.

Lokaj otworzył drzwi do salonu, a po dłuższej chwili weszła tam pani Przełęska, która wyglądała dziś na całkowitą damę; za nią wszedł mężczyzna lat około trzydziestu pięciu.

- Pan Krzepicki, pan Dyzma - przedstawiła pani Przełęska. Krzepicki przywitał się szarmancko. Jego przesadnie rozrzucone ruchy, uderzająca swoboda w obejściu i nosowe brzmienie głosu nie podobały się Nikodemowi z miejsca, chociaż przyznać musiał w duchu, że jest on przystojny, a może nawet znacznie ładniejszy od sekretarza sądu w Łyskowie, pana Jurczaka, który był na cały powiat znanym pogromcą serc niewieścich.

- Niezmiernie cieszę się, że mam zaszczyt poznać szanownego pana, o którym tyle miałem szczęście słyszeć - rzekł Krzepicki, siadając i wysoko podciągając nogawkę.

Dyzma postanowił mieć się na baczności przed tym człowiekiem, który od razu wydał mu się przebiegłym i nieszczerym. Toteż odparł wymijająco:

- Ludzie jak ludzie, zawsze coś mówią. - Pan wybaczy - odezwała się pani Przełęska - ale właśnie dopiero od pana Krzepickiego dowiedziałam się, że pan jest tak wybitnym politykiem. Przyznaję się ze wstydem, że my, kobiety, w sprawach politycznych jesteśmy ignorantkami.

- O, nie przesadzajmy - zaprzeczył Krzepicki i podciągnął drugą nogawkę.

Dyzma nie wiedział, co powiedzieć, i tylko chrząknął.

Na ratunek przyszedł mu służący, który zjawił się z oznajmieniem, że podano do stołu. Podczas obiadu pani Przełęska i Krzepicki, którego raz nazywała po nazwisku, to znów "panem Zyziem", zaczęli wypytywać Dyzmę o sprawy koborowskie. Pani Przełęska interesowała się głównie kwestią stosunku "tej nieszczęśliwej Niny" do brata i do męża, natomiast pan Zyzio zasypywał Nikodema pytaniami dotyczącymi dochodów Kunickiego i wartości majątku. Dyzma starał się odpowiadać najkrócej, by jakimś nieopatrznym zwrotem nie zdradzić tego, że właściwie ma bardzo mało wiadomości w tych kwestiach.

- A niech szanowny pan raczy powiedzieć, czy choroba umysłowa Żorża jest tak rzucająca się w oczy, że nie podobna myśleć o jego uwłasnowolnieniu?

- Bo ja wiem... Wariat to on jest, ale może by potrafił zapanować nad sobą...

- Słuszne spostrzeżenie - potwierdziła pani Przełęska. - Właśnie jego choroba polega na zaniku ośrodków hamujących, lecz sądzę, że gdy pojmie konieczność trzymania języka na wodzy, potrafi wytrwać bodaj przez krótki czas.

- Chyba - potwierdził Dyzma.

- Mam tylko obawę - ciągnęła pani Przełęska - czy Nina zgodzi się na nasze plany?

- Phi - wzruszył ramionami Krzepicki. - A po co ma je znać? Zrobi się wszystko po cichutku. Najważniejszą rzeczą jest znaleźć odpowiednie wpływy w Ministerstwie Sprawiedliwości, ale o to kłopotać się nie potrzebujemy, skoro szczęśliwy los dał nam, jako sprzymierzeńca, wielce szanownego pana. Nieprawdaż?...

- Ach, co za szczęście - zawołała pani Przełęska - za pan, właśnie pan, kolega Żorża i jego przyjaciel, spotkał go teraz!

Na kawę przeszli do małego saloniku. Tutaj Krzepicki wyjął notes i ołówek, po czym zaczął:

- Pozwoliłem sobie przygotować coś w rodzaju małego referaciku -Państwo pozwolą?... Otóż całokształt sprawy przedstawia się, jak następuje: Wiemy, że hochsztapler, nazwiskiem Leon Kunik, lat sześćdziesiąt sześć, syn maglarki Genowefy Kunikówny, urodzony w Krakowie, podejrzany był o paserstwo; co uwidocznione jest w kartotece lwowskiej policji, następnie trudnił się lichwiarstwem i jako lichwiarz opętał rodzinę Ponimirskich, i podstępem wyzuł ją z majątku...

- Pani Kunicka - przerwał Nikodem - twierdzi, że bynajmniej me podstępem.

- No, naturalnie, ale każdą rzecz można różnie interpretować. He, he, he... Już jeżeli prokurator otrzyma odpowiednią instrukcję z góry, to da sobie radę. Wiemy następnie, że Kunik przed dziewięciu laty uzyskał dowody osobiste, w których zmieniono mu nazwisko na "Kunicki" i dodano imię ojca. To już jawny kryminał. Następnie znamy wszyscy proces jego o dostawę podkładów kolejowych. Wówczas, niestety, nie zostało wyświetlone, nie dało się udowodnić, że podkłady w ogóle nie istniały. Kunicki wykazał się autentycznymi dokumentami, stwierdzającymi jego niewinność, ale nie ulega wątpliwości, że dokumenty te uzyskał w nieuczciwy sposób. Przecie ten urzędnik kolejowy, który je wystawił, uciekł i przepadł jak kamfora. Wszystko to można odgrzebać i powtórnie wyciągnąć przed kratki sądowe. Jak państwo sądzą?

- Oczywiście! - zawołała pani Przełęska.

- I mnie się tak wydaje - powiedział Dyzma, przyglądając się nieufnie spiczastej twarzy Krzepickiego. Nieustanna ruchliwość jej mięśni i połyskliwość podłużnych oczu robiły wrażenie natężonej czujności i pogotowia. Oblizywał teraz końcem języka górną wargę i dodał:

- Najważniejszą wszakże rzeczą jest odebranie mu Koborowa. I tu zaczynają się trudności. Nominalną właścicielką jest przecie pani Nina, a ona na to nie pójdzie.

- Na pewno nie pójdzie - przytaknął Dyzma.

- Otóż właśnie - ciągnął Krzepicki - pozostaje nam tedy jedyne wyjście. Żorż musi wystąpić ze skargą do prokuratora na Kunickiego. Ta zaś, między innymi, powinna zawierać zarzut, że Kunicki wymusza na siostrze oskarżyciela fałszywe zeznania...

- Hm...

- Otóż oskarżenie takie może wystosować Żorż jedynie wówczas, gdy zostanie uwłasnowolniony. Dlatego też zacząć należy od uzyskania od władz sądowych zarządzenia, aby stan umysłu Zorza został ponownie zbadany. Radziłem się adwokata. Ten powiada, że taka rewizja w zasadzie jest możliwa. Trzeba tylko, by o taką rewizję wniósł ktoś z krewnych Żorża.

- Ja za żadne skarby! - protestowała pani Przełęska. - Za żadne skarby! Już dość miałam przykrości. Tego by jeszcze brakowało, żeby moje nazwisko było szargane w prasie...

- No, dobrze, pani Fino - odparł Krzepicki nieco poirytowanym głosem - w takim razie jest pani zdania, że zrobi to Nina.

- Nie - zaprzeczył Dyzma - pani Nina palcem nie ruszy.

- A Żorż nie ma więcej krewnych - zaznaczył Krzepicki, wystawiając palec wskazujący z niezwykle długim i lśniącym paznokciem.

- Wszystko jedno, ja nie będę się mieszała do tego... Wszystko jedno. Twarz Krzepickiego nabrała złego wyrazu.

- Dobrze - rzekł zimno - zatem nie mamy o czym mówić. Stawia pani krzyżyk na tych czterdziestu tysiącach, które winien jest pani i mnie Żorż, no i krzyżyk na małżeństwie Biby Hulczyńskiej.

Zapanowało milczenie.

- Szkoda tylko - dorzucił - żeśmy trudzili wielce szanownego pana.

- Kiedy ja nie mogę, naprawdę nie mogę! - uparcie broniła się pani Przełęska.

- Nie pali się - powiedział po chwili Nikodem - można przecie odłożyć sprawę na później...

- Może tymczasem znajdzie się jaka rada - dorzuciła z ulgą pani Przełęska.

Krzepicki zerwał się z krzesła.

- Tymczasem, tymczasem! A tymczasem jest to, że pieniądze są mi potrzebne do zarżnięcia!...

- No więc postaram się znaleźć coś dla pana - nieśmiało bąknęła pani Przełęska.

- Ach - machnął ręką Krzepicki z lekceważeniem - znowu pięćset złotych lub tysiąc!

Pani Przełęska poczerwieniała.

- Może zostawi pan tę kwestię na później. Nie sądzę, by to miało interesować pana Dyzmę.

- Przepraszam - burknął od niechcenia.

- Może panowie jeszcze kawy pozwolą?... Napełniła filiżanki i dodała:

- A może jednak pan Dyzma potrafiłby wywrzeć odpowiedni wpływ na Ninę? Skoro ona również męża nie znosi... Wygląda pan na człowieka, który może łamać przeszkody i naginać charaktery...

- Tak, tylko jaki pan w tym miałby interes?!... - cynicznie rzucił Krzepicki.

- Ależ, panie Zyziu - zaoponowała pani Przełęska.- pan Dyzma jest przyjacielem Zorza, nieprawdaż? A to chyba motyw wystarczający. Krzepicki skrzywił się i strzepnął palcami.

- Bądźmy szczerzy... Ja nie wierzę w platoniczne kombinacje, pan daruje, wielce szanowny panie Nikodemie, ale nie wierzę. Toteż sądzę, że i pan, jako człowiek, hm... realny... Mówmy po prostu. Czy Żorż zainteresował pana materialnie w całej sprawie?

- Jak to? - zapytał Dyzma.

- No, czy pana zainteresował?

- Niby, czy obiecał mi zapłacić?

Pani Przełęska, sądząc, że Dyzma się obraził, zaczęła go przepraszać i wyjaśniać, że przecież pan Krzepicki nie to bynajmniej miał na myśli, żeby tego za złe mu nie brać itd. Zresztą sam rzekomy winowajca zreflektował się i wyjaśnił, że miał na myśli obawę o wydatki, jakie wielce szanowny pan mógłby mieć w związku ze sprawą Zorza.

Widząc, że w ogóle rzecz się nie klei, pani Przełęska wystąpiła z projektem odłożenia decydującej rozmowy, a gdy dowiedziała się, że Dyzma zabawi w Warszawie może nawet dwa tygodnie, zaprosiła go na przyszły wtorek na brydża. Dyzma podziękował, mówiąc, że w brydża grać me umie, lecz zgodził się przyjść, kiedy dowiedział się, że nikt od niego nie będzie wymagał grania.

- Będzie kilkadziesiąt osób - mówiła pani Przełęska - a wśród nich spotka pan wielu znajomych, bo bywa u mnie i pan generał Różanowski, i minister Jaszuński, i prezes Grodzicki, i wiceminister Ulanicki...

- A pułkownik Wareda? - zapytał Dyzma.

- Owszem, dawniej bywał. Zna go pan?

- Tak, to mój przyjaciel - odparł niedbale.

- No, w takim razie postaram się, by był na pewno. To bardzo dzielny człowiek. I, o ile się nie mylę, jest w doskonałych stosunkach z prokuratorem Ważykiem. Bodaj nawet Ważyk ożeniony jest z pierwszą żoną Waredy...

- Tak, tak - potwierdził Krzepicki - z tą z domu Hamelbeinówną, a Ważyk może w naszej sprawie... zaważyć! He, he, he...

Gdy Dyzma począł żegnać się z panią Przełęska, wstał także Krzepicki, oświadczając, że i na niego wielki czas, bo musi jechać na Mokotów.

- No, to odwiozę pana - rzekł Dyzma - moje auto stoi przed bramą.

Pani Przełęska usiłowała Krzepickiego zatrzymać, lecz stanowczo odmówił:

- Nie mogę. Przyjadę na kolację. Pa!...

- Czy to pańska krewna pani Przełęska? - zapytał go Dyzma, gdy wychodzili na ulicę.

- Nie. Stara dobra znajoma. Z jej mężem byłem w przyjaźni.

- To mąż pani Przełęskiej nie żyje?

- Żyje - odparł Krzepicki, mrużąc oko - żyje, tylko nie wiem, z kim. Grasuje za granicą. Ależ wózek. Prima sort! Dużo też zjada benzyny?

- Ze trzydzieści z ogonkiem -- odpowiedział uśmiechnięty szofer, zatrzaskując drzwiczki.

- Dobrze jest mieć taki samochód - zakonkludował Krzepicki. Po drodze mówił dużo o interesach, jakie są do zrobienia, jeżeli się tylko ma pieniądze, zaś z milczenia Dyzmy wywnioskował, że musi to być człowiek niezwykle sprytny i ostrożny.

Gdy wreszcie młody człowiek wysiadł przy Politechnice, szofer odwrócił się do Dyzmy.

- Ja tego pana znam. To jest pan Krzepicki. On miał stajnię wyścigową, ale mu nie szło.

- Musi to być cwaniak! - rzekł Nikodem.

- O-ho-ho - pokręcił głową szofer.