Byłbym zerem, gdyby nie smycz
Rysunki dzieci dotkniętych przemocą:
http://voila.pl/r9ch0/?3http://voila.pl/r9ch0/?4Anna Fostakowska GW 26-02-2006 , ostatnia aktualizacja 24-02-2006 19:02
Pan Bóg, dyktując Mojżeszowi dekalog, pamiętał tylko o szacunku do rodziców. O szacunku dla dzieci zapomniał[...?]
Pokój jest nowoczesny. Przestronny, z akcentami ekologicznymi: dużo zieleni i naturalna drewniana podłoga. Gładzie gipsowe kładziono aż trzy razy, żeby nie było widać nierówności, kiedy przez okno zaświeci słońce.
Choć to pokój dziecinny, nie widać w nim zabawek, nie widać rozrzuconych książek, niesprzątniętych puzzli, papierków po cukierkach. Widać dwa łóżka. Drewniane, wpisujące się w naturalistyczną koncepcję całości. Przy łóżkach uwija się dwójka dzieci. Już dawno powinny być w szkole, ale dzisiaj nikt ich do szkoły nie odprowadził. Zwykle robiła to mama. Dzisiaj nie miała na to ochoty. "Nie zasłużyliście" - powiedziała. Mama to kobieta, która teraz stoi w drzwiach i pilnuje, by na prześcieradłach nie została ani jedna zmarszczka. Stoi tak już od dwóch godzin, bo dzieciom nie wychodzi. I nie wyjdzie, bo według niej dzieci są nieudane. Tak jak chiński podkoszulek ze stadionu. Po jednym praniu do wyrzucenia.
Kobieta ma wysuszoną na solarium twarz, włosy naturalny blond, dobrze ostrzyżone. Dba o siebie, chociaż od kiedy została z dziećmi w domu, nie musi. Dba, żeby nikt nie pomyślał, że się zupełnie zmarnowała. Kiedyś była dobrze zapowiadającym się przedstawicielem handlowym w firmie farmaceutycznej. Dobrze jej szło. Miała szanse zostać dyrektorem regionalnym, nawet przedstawicielem firmy w Rosji. Została w domu, by wychowywać Justynę (dziś lat dziewięć) i o dwa lata młodszego Karola.
Uczniów podstawówki w Łomiankach pod
Warszawą, którzy właśnie udają, że śpią. Sen jest dobry , by przeczekać, uniknąć tego, co ma nastąpić. Zamykasz oczy i już cię nie ma w ekologicznym pokoju pod łóżkiem. Jesteś tam, gdzie wolno w dzień przykrywać się kocem i zjeść na śniadanie pół słoika nutelli.
- Gdzie dzieci? - pyta mężczyzna, który wrócił późnym popołudniem do domu.
- Śpią cały dzień - odpowiada kobieta. - Nie poszły do szkoły. Na złość mi robiły, nie chciały ścielić łóżek.
Mężczyzna zdejmuje marynarkę. Garnitur to jego strój służbowy. Jest dyrektorem sieci sklepów odzieżowych w stolicy. W nadziei na premię i nagrody pracuje dużo. Mężczyzna bierze z garderoby wąż od odkurzacza. Wchodzi do pokoju.
Dzieci otwierają oczy.
Dzieci zdejmują spodnie.
Justyna ma pod rajstopami poduszkę. Dostaje dziesięć uderzeń więcej. "Za to, że chciała ojca przechytrzyć".
Karol się uchyla. Zamiast w pupę dostaje w piętę. Leci mu krew.
- Do łazienki na jednej nodze - krzyczy mama, która wszystkiemu się przygląda -
dywan mi pobrudzisz.
Pobrudził. Musiał za to zrobić sto przysiadów z tornistrem wypełnionym cegłami (dom niedawno wybudowano, na podwórku sporo było jeszcze gruzu).
Rany na ciałach dzieci dostrzega szkolny pedagog. Zgłasza policji. Rodzina F. trafia na terapię do Fundacji "Dzieci Niczyje". Na spotkaniach z psychologiem dzieci zachowują się według instrukcji taty. Poproszone przez psychologa o rysunki (na ich podstawie określa się nastrój dziecka) rysują kolorowymi kredkami dom i rodziców trzymających się za ręce.
Pytane odpowiadają: Kochamy mamę, kochamy tatę.
- Jesteśmy normalną rodziną - tłumaczyli rodzice. - Ostatnio byliśmy na wczasach w Chorwacji.
Justyna i Karol F. uciekli z domu 5 marca 2003 roku.
Sąsiedzi zauważyli dwójkę dzieci siedzących nocą na przystanku autobusowym.
Dziewczynka miała podbite oko, chłopiec szramy na całym ciele. Obydwoje, jak wykazały późniejsze oględziny, ślady po płomieniu zapalniczki na pupie.
Prosiły: - Nic nie mówcie mamie. Nic nie mówcie tacie.
Łapką na muchy. Za to, że miny robił... i wył
To zwykły pokój. Blokowy. Ze starymi tapetami i odpadającymi płytkami PCW na podłodze. Mówią, że płytki są rakotwórcze. Szkodzą. Szczególnie małym dzieciom. Ale co takim małym nie szkodzi? Zimne powietrze, mokre majtki, papierosy, truskawki... Żyć by nie szło, gdyby się człowiek oglądał na wszystko.
Tak sądzi kobieta, która krząta się po pokoju. Drobna sylwetka, dziecięca twarz, dżinsy i adidasy. Właśnie przypaliła cebulę do rosołu. Rosół bez spieczonej cebuli smakuje jak sraczka, mawiał jej ojciec.
- Zapamiętałam - zwierzy się niebawem dziennikarce. - Zawsze byłam posłuszna.
W pokoju jest duszno od dymu.
W pokoju jest głośno.
Nie może być ciszej. Raz w tygodniu musi być tak, jak chce mężczyzna. Zwalisty, łysiejący, w brunatnym swetrze z bazaru. Właśnie położył się na rozłożonej wersalce przed telewizorem. Ogląda siłaczy, którzy na ekranie ciągną lokomotywy i rzucają oponami tirów.
Dla kobiety mężczyzna jest ważny. Przygarnął ją w siódmym miesiącu ciąży, gdy nie miała gdzie mieszkać. Od roku ją utrzymuje. Kobieta co wieczór całuje go za to po rękach. Gotuje, sprząta, pierze. Jest wdzięczna.
Kobieta nazywa się Grażyna M. Ma 26 lat, jest bezrobotną kucharką.
Mężczyzna nazywa się Andrzej K. Ma 45 lat. Na miejscowym bazarze "robi w elektryce". Trochę kupuje, trochę sprzedaje, czasem bierze w komis. Komórki, radia samochodowe, mikrofalówki, DVD.
Pokój jest w bloku przy ulicy Grunwaldzkiej w Lublińcu koło Częstochowy.
W pokoju leży dziecko. Chłopczyk. Ma 11 miesięcy. Wierci się, gdy dym drażni mu oczy, kwęka, gdy mężczyzna pokrzykuje do siłaczy na ekranie.
Nie jest ani wdzięczny, ani posłuszny. Zużywa za dużo pieluch, zjada za dużo mleka. Nie chce podnosić główki do góry. Jeszcze niedawno tak ładnie się rozwijał - próbował siadać, szczerzył bezzębne dziąsła do grzechotek. - Ale smerfik - chwaliły sąsiadki zaglądające do wózka. Teraz nie chce. Płacze: o piątej rano, o piątej po południu, przy przewijaniu i w trakcie kąpieli, przed i po jedzeniu, kiedy leży sam i gdy ktoś się do niego zbliża. Nie-ustannie. - Nie idź do niego - mówi mężczyzna, kiedy wieczorem leżą razem na wersalce. - Gówniarz nie może nam wchodzić na głowę. Albo: - Ucisz go, kurwa, bo was wyrzucę. - Zamknij się! - krzyczy wówczas kobieta na dziecko. - Cicho! - mówię!
Niedługo na policji kobieta zezna: - Nie rzucaliśmy dzieckiem o ściany, nie dusiliśmy poduszką. Ot, czasami dostał łapką na muchy. Po rączkach, po pupie, w twarz. Za upartość. Za złośliwość. Za to, że miny robił. Oczami przewracał, zupełnie jak jego ojciec, który się go wyparł. No i wył. Nie patrzył, że człowiek zmęczony jest.
- Ale on miał dopiero 11 miesięcy, może wystarczyło przytulić? - zapyta ją niebawem dziennikarka.
- Toż się go przytulało - odpowie kobieta. - Ćwiczyliśmy, bawiliśmy się. Kochało się go przecież. Konkubent na niego pieniądze dawał. W miłości był lepszy ode mnie. Ja swojemu Dawidkowi nic nie dałam.
Dawid M. zmarł 25 października 2004 roku w Lublińcu. Konkubent Grażyny M. uderzył go ręką w tył głowy i klatkę piersiową. Obrażenia: połamane żebra, pęknięta podstawa czaszki, krwiaki wewnętrzne. Po pobiciu matka nie udzieliła mu pomocy. Wstydziła się wezwać pogotowie.
Kijem od szczotki. Bo nie rozumie, jak się do niego mówi
"Kolejne dziecko pobite na śmierć" - podały tego dnia telewizyjne dzienniki.
Cały kraj zobaczył zwykły blokowy pokój z odpadającymi płytkami PCW. Puste łóżeczko pod oknem, pusty wózek pod drzwiami. Pokazano Grażynę M., która samotnie stoi nad małym grobem. Sąsiadów, którzy tłumaczyli się, że nie słyszeli płaczu Dawida. Mówili: - Bestie. Nawet psy wiedzą, że szczeniaków się nie gryzie.
Od tego czsu podobnych komunikatów w polskich mediach było jeszcze kilkanaście.
Rzeszów - 10-miesięczny Adam pobity przez ojca moczonym pasem
Szczecin - 4-miesięczny Aleks zgwałcony i pobity przez ojca deską do mięsa.
Łódź - 3,5-miesięczny Patryk przypalany papierosami przez matkę, bity po głowie przez ojca (nie będzie widział ani słyszał).
Tychowo k. Koszalina - 14-miesięczny Kuba z obrażeniami głowy od pięści ojca (przeżył trepanację czaszki, grozi mu życie na wózku).
Legnica - 15-miesięczny Kacper trafił do szpitala z siniakami na całym ciele, złamaną kością potyliczną, bo "nie rozumiał, jak się do niego mówi".
Angelika z Bielska-Białej,
Klaudia z Poznania,
Agata z Sosnowca...
Po śmierci tej ostatniej mieszkańcy Sosnowca zorganizowali pikietę protestacyjną pod komendą Policji. "Dożywocie dla zabójcy", "Śmierć za śmierć" - wypisali na transparentach. - Dlaczego tak się dzieje? - szlochała do telewizyjnych kamer Zofia Nogaj, emerytowana urzędniczka wracająca z zakupów. - Skąd się biorą tacy zwyrodnialcy? Normalny klaps, rozumiem, ale nie tak. Nie tak!
Smyczą jamnika Bobka. Za dwóję z matmy
- Normalne klapsy, proszę pani, za wywrócenie się w błoto, za zalanie barszczem obrusa babci, za wylizywanie talerza w restauracji - wylicza Piotr G., 33-letni inżynier.
Lanie to część dzieciństwa. Normalne jak bieganie za piłką do nocy. - Taka technika wychowawcza. Nawet ksiądz lał nas na religii. Dostałem linijką po łapach, gdy się nie nauczyłem na pamięć dziesięciu przykazań.
W rodzinnym domu u Piotra G. w Bartoszycach przy drzwiach wejściowych zawsze wisiała smycz. Była tam nawet po śmierci ich jamnika Bobka - stara, wysuszona, popękana skóra. Używana do końca, dokąd nie powyjeżdżali na studia.
Piotr G. pamięta, że kiedy on albo brat coś przeskrobali, mama pojawiała się w ich pokoju ze smyczą zawieszoną na szyi. Miała zasadę: każdy wie, jak wielkie zło uczynił. Nic nie musiała mówić. Chłopcy bez słowa ściągali majtki, kładli się na krześle, mówili: 20 za dwóję z matmy albo 40, bo podpalałem saletrę z cukrem. Ona - biła.
Ostatnie lanie - za powrót z sylwestra po północy. Piotr G. był już wtedy pełnoletni, ale wciąż musiał meldować się w domu o 22. Według ojca, wracając później, nie okazywał szacunku rodzicom. Aby nauczyć go szanować starszych, w Nowy Rok wyciągnął go z łóżka za ucho i dał mu w twarz.
Piotr G.: - Nawet nie bolało. Przywykłem. Tym bardziej że w skórę dostawali wszyscy moi kumple. Po wywiadówkach zawsze robiliśmy giełdę, który więcej wytrzymał. Najlepszy był Maciek Słomka. Ojciec łoił go regularnie na początku miesiąca, na zapas - żeby nie przyszło mu do głowy pyskowanie albo wagarowanie. Mieszkali w komunałce. Wspólna łazienka, wspólny z sąsiadami korytarz. A na korytarzu cyrk - Maciek i jego trzej młodsi bracia stoją w kolejce do bicia. Wszyscy w powyciąganych bawełnianych slipach koloru kakao. Czasami z chłopakami chodziliśmy oglądać. Kibicowaliśmy przy każdym smagnięciu pasem. Wojskowym, z metalową klamrą. Potem, na WF, kiedy Maciek udawał chorego, by nie pokazać siniaków, podpuszczaliśmy nauczyciela: "Pan nawet nie wie, jaki talent siedzi w szatni. Wczoraj graliśmy z chłopakami z VIIc, obronił wszystkie strzały".
I on wyciągał tego biednego Maćka na boisko, kazał mu się rozbierać do spodenek i koszulki. Kulenie się, zasłanianie, obciąganie nogawek i rękawów, podciąganie skarpet. Robił, co mógł, żeby nic nie było widać. Mieliśmy ubaw.
Kiedyś Maciek dostał za papierówki od sąsiada. Ojciec przyłapał go, jak jadł je na ulicy. "Tato, nie ukradłem" - krzyczał wtedy na korytarzu. "On naprawdę nie ukradł - tłumaczyliśmy staremu Słomce - same spadają na chodnik. Wszyscy jedzą". Ale on nie słuchał. Walił, żeby już nigdy żadne jego dziecko nie wchodziło do cudzego sadu. Maciek dosłownie latał od ściany do ściany.
Pamiętam, że najmłodszy Słomka stał w drzwiach ich mieszkania i zasłaniał sobie oczy. A wie pani, co zrobił Maciek? Jeszcze tego samego popołudnia poszedł do tego sadu. Strząsnął wszystko, co było. Dojrzałe i niedojrzałe. Czerwone i zielone. Skakał z drzewa na drzewo jak Tarzan. Właściciela krew zalewała. Tłum pod płotem. Wezwał milicję. Trzech wdrapało się na jabłonkę, podcięli mu nogi, żeby stracił równowagę. Spadał jak kukła Marzanny do wody.
"Zamknijcie go - powiedział stary Słomka, który wszystkiemu się przyglądał - niech się w końcu nauczy". Wypuścili go dopiero rano, kazali iść do szkoły. I on przyszedł. Cały zasikany. I ze strachu zlał się w te swoje kakaowe majtki, mówię pani.
Roman G., ojciec Piotra, kiedy o tym usłyszał, powiedział: - Jak któryś z was wyląduje na milicji, wychłostam pod ratuszem.
Widłami w stopę. Bo się zbuntował
- Chłopcy wyrośli na ludzi - mówi dziś Helena G., emerytowana nauczycielka chemii. Potężna postura, futro z nutrii, moherowy beret. W Bartoszycach jest poważana. Do dziś rodzice przysyłają jej swe dzieci na korepetycje. Cenią jej tradycyjne metody nauczania. - Jak się który nie nauczy - mówią - ucho mu nakręci i od razu tablica Mendelejewa wklepana na pamięć.
Jej dzieciństwo na mazurskiej wsi: krowy napaść, kury nakarmić, buraki, ziemniaki. - Nie było to tamto - mówiła synom, jak nie chcieli sprzątać w domu. - Ojciec powiedział, trzeba było wykonać. Inaczej tydzień na dupę nie usiadłeś.
- Studia skończone, żony znalezione, z głowy - mówi o swych synach Roman G., emerytowany budowniczy dróg i mostów.
Potężna postura, kurtka siedem ósmych, kapelusz tyrolski. W Bartoszycach szanowany. Wywalczył w gminie drogę dojazdową do osiedla domków jednorodzinnych przy ulicy Krzywej.
Jego dzieciństwo na mazurskiej wsi: oranie, wyrzucanie gnoju, podrzucanie snopków. Kiedyś nie chciał zarżnąć świni, ojciec z nerwów przebił mu widłami stopę. Na tym dyskusje się skończyły. Do jego śmierci pomagał mu w gospodarstwie. Każdą wolną chwilę spędzał z ojcem: wolne soboty, niedziele, wakacje. Jego synowie nie pamiętają, by grali z nim w piłkę, by chodzili wspólnie do kina, jeździli nad jeziora, nie pamiętają, by się razem z czegoś śmiali.
Helena i Roman G. poznali się na studiach w Olsztynie. Do Bartoszyc trafili na praktyki w latach 60. Zostali. Dorobili się domku z pustaków na przedmieściach. Dorobili się synów.
Otwartą dłonią. Za potłuczony talerzyk
Pokój jest największy w całym domu. Wytapetowany zmywalnymi, łatwymi w utrzymaniu tapetami. W oknach draperie firan. Na ścianach i podłodze skóry zabitych zwierząt.
Pokój wypełnia olbrzymi stół. Bożonarodzeniowy. Przy nim rodzina, dziadkowie, wnuki, kuzyni. Spotkali się jak co roku. Pani domu stara się. Talerzyki do przystawek, do zupy, do drugiego. Talerzyki deserowe. Pan domu też się stara, półlitrówka w ręku. Polewa. Na głos dziękuje Bogu: za dary na stole, za spotkanie z rodziną, za to, że dzieci nie zeszły na złą drogę.
- Pamiętacie, jak po pierwszej komunii Piotrek zamiast pozować do zdjęć za kościołem pobiegł do domu na rower? - pyta. - Cały biały garniturek w smarze, gromnica złamana! Księdzu trzeba było nakłamać, że się w błoto wywrócił. Dostał wtedy tak, że cały dzień przesiedział przy stole. Tylko łzy leciały mu do rosołu jak groch. Piotruś, podaj śledzie - podał, podsuń chleb - podsunął. Nie to dziecko. I tak ma do dziś.
Paweł bardziej się buntował. Raz nawet schował smycz, żeby nie dostać za dziewczynę. Rzucił ją, a ona potem ganiała po mieście i rozpowiadała, że G. to chamy. W garażu bacik miałem. Jak go nie świsnę. "Żebyś więcej żadnej nie skrzywdził". Swoją Magdę szanuje. W lecie ślub.
Rodzina podziwia. Rodzina się zgadza. Jest zwarta, solidarna, mocna.
- Lepsze bite niż proszone - mówi ciotka, siostra Heleny G. - Mój wnuk chowany jest bezstresowo. Nie zjem kalafiora, nie lubię kaszy. Synowa: nie, to nie. A moje nie chciały jeść, to się je przywiązywało do krzeseł, dopóki nie skończyły. Przełykały, popijały, grzebały w talerzu. Zjeść musiały. Kiedy mi go przywieźli ostatnio, też niczego nie chciał. Szmatą przeleciałam po plecach. Zjadł wszystko. Poszanował cudzą pracę.
Rodzina kiwa głowami. Atmosfera świąteczna jest najważniejsza. Jakie święta, taki cały rok. Nie wie o tym Filip, 3-letni syn Piotra G., który nie może się doprosić o drugi kawałek ciasta. Rodzina na Filipa nie zwraca uwagi. Jest za mały, by zabierać głos przy rodzinnym stole. Jest niewiele większy od talerzyka deserowego babci Heleny. Filipa to złości. Filip nie potrafi tego zrozumieć.
- Coś ty narobił? - krzyczy Piotr G. - Stłukłeś talerzyk ze ślubnego serwisu babci!
Filip płacze. Krzyczy. Rzuca się. Nie pomagają prośby. Ponaglenia. Rozkazy.
Roman G.: - Przylejcie mu, to wasze dziecko.
Piotr G. (potem): - Przylałem, choć mi się serce kroiło. Żona pretensje miała, ale przekonałem ją, że do chłopców trzeba męskiej ręki. Teraz sama mi go oddaje, gdy mały rozrabia. Ostatnio w hipermarkecie znów dostał histerii. "No, zrób coś" - prosiła. Wziąłem na kolano, zdjąłem pampersa. Po kłopocie. Siedział w wózku jak trusia.
Piotr G. nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Mówi: - W piaskownicy, gdzie mały się bawi, klapsy dostaje każde dziecko. Taki na przykład Bartek, kolega Filipa, dostał za to, że się zsikał w przedszkolu, a Michał za to, że ciągle piszczy.
Dziś Piotr G. jest przekonany, że gdyby nie bicie, nie byłby tym, kim jest.
Nie siedziałby teraz na kanapie z naturalnej skóry, nie byłoby go stać na raty za własne mieszkanie na warszawskim Ursynowie. Nie skończyłby Politechniki Warszawskiej, nie byłby instalatorem nadajników w firmie telefonii komórkowej, nie byłby punktualny, obowiązkowy i odpowiedzialny.
- Nie nauczyłbym się nawet tabliczki mnożenia - śmieje się - bo mi się po prostu nie chciało. Jak miałem kłopoty, zakładałem nowy zeszyt i wydawało mi się, że nic nie widać. Rodzice potrafili takiemu leserowi jak ja pokazać, że nie można całe życie wyrzucać ogryzków za łóżko. Nie ma się co oszukiwać, gdyby nie smycz Bobka, byłbym zerem.
Metalową żmijką. Za to, że jest gnojkiem
"Jestem gnojkiem, jestem prawdziwym gnojkiem" - powtarzał przez godzinę dziennie siedmioletni Kacper z warszawskiego
Mokotowa (prawie nie widać jego wielkich zielonych oczu zza rozczochranej czupryny).
Karę powtarzania otrzymał za nieumiejętność cichego zamykania drzwi od łazienki. Trwała miesiąc.
Kiedy Kacper się buntował i milczał - dostawał żmijką przez plecy.
Dziś siedzi w pastelowej poczekalni siedziby Fundacji "Dzieci Niczyje" przy ulicy Mazowieckiej i rysuje papugę Zuzię. Zielona ara jest fundacyjną maskotką. Ma rozluźniać dzieci, które przychodzą tu na terapię.
Dzieci: zbuntowane nastolatki, agresywne pierwszaki, wystraszone przedszkolaki.
Opiekunowie: sprzedawczyni w hipermarkecie, urzędniczka ministerialna, nauczycielka fizyki, bezrobotny ślusarz, niepracująca żona pracownika ambasady, wychowawczyni z domu dziecka, z pogotowia opiekuńczego.
Na ławce pod ścianą głowa obok głowy. Ciasno upchnięty tułów obok tułowia. Przypominają wraki samochodów przed warsztatem. Czekają, by je ktoś naprawił. Dodał brakujących części, nadmuchał, co pękło, naoliwił, co skrzypi.
Jolancie Zmarzlik, psychoterapeutce, mówią o sobie: zero, nieudacznik, słabeusz, niezdara, brudas, smark, syf.
Kacper, który trafił tu z polecenia psychologa szkolnego (był agresywny na lekcjach), opowiadał: - Dostałem pałę z dyktanda, nie umiem pływać, wywróciłem się na asfalt - bo jestem gnojem.
- Nie pomyśli - mówi Jolanta Zmarzlik - że pała jest za to, że nie nauczył się słów z "o" kreskowanym, nie pływa - bo nie umie skoordynować ruchów, poleciał na chodnik, bo się po prostu potknął.
Kacper mówi: - Nie opłaca mi się odkurzyć pokoju, nauczyć się wiersza na pamięć, poskładać zabawek. Nie umiem. Nie chce mi się. Nie wiem. Co w domu? Nic. Co w szkole? Nic. Jak leci? Leci.
Klaps to wyładowanie emocji rodziców. Ich złości, ich strachu, bezradności. Wobec banku, który przysłał ponaglenie do zapłaty kredytu, wobec nadmiaru pracy po godzinach, wobec braku pracy, braku wakacji we Włoszech, braku dobrego samochodu, odpoczynku, marzeń o przyszłości.
Klaps to brak wiedzy o psychice i rozwoju dziecka. Wygoda. Uderzenie trwa chwilę, szukanie innych sposobów wymaga myślenia i cierpliwości.
Pierwszy klaps wywołuje strach, kolejny utrwala lęk. Zimna przemoc fizyczna prowadzi do nieustającego poczucia niepokoju, poczucia bycia nie w porządku, bycia małowartościowym w różnych sytuacjach w życiu.
- Kacper nie będzie trzaskał drzwiami do łazienki nie dlatego, że zrozumiał, dlaczego ma tego nie robić - mówi Jolanta Zmarzlik. - Kacper nie będzie trzaskał, bo się wycofał. Jego ciekawość świata została zbombardowana. Przestał się więc rozwijać intelektualnie i emocjonalnie. Boi się ruszyć, by nie dostać po łapach, by nie usłyszeć, że jest niczym.
Kacper być może już nigdy nie będzie sobą. Na razie buntuje się przeciw ideałowi rodziców. W klasie nabija się z lepszych uczniów, uważa ich za złamasów, słabeuszy. Z czasem być może podda się rodzicom. Posprząta w szufladach i na półkach.
Nie wierząc w siebie, zda maturę, zostanie nawet księgowym albo inżynierem. Na zewnątrz wszystko będzie OK. Wewnętrznie będzie słaby. By odróżnić dobro od zła, będzie potrzebował autorytetu zewnętrznego. Będzie zewnątrzsterowalny.
Stanie się podobny do Piotra G.
...lub innym przedmiotem, bo jest naszą własnością
Historia Piotra G. jest standardowa: klapsy dla niego to była codzienność - 63,3 proc. Polaków dostało klapsa chociaż raz w życiu (badania TNS OBOP na zlecenie Fundacji "Dzieci Niczyje", grudzień 2005), raz na jakiś czas był bity smyczą - 38,8 proc. doświadczyło bicia pasem lub innym przedmiotem, kilka razy w życiu miał naciągnięte ucho - przyznaje się do tego 25,7 proc. Polaków, był szarpany - 20,9 proc. badanych miało takie doświadczenie. To nie żarty - ponad 80 procent Polaków przyznaje, że w dzieciństwie doznało kar fizycznych (badania OBOP z 2001 roku), tyle samo bije własne dzieci.
- Polskie społeczeństwo daje moralne przyzwolenie na bicie dzieci - mówi Mirosława Kątna z Komitetu Ochrony Praw Dziecka. - Pan Bóg, dyktując Mojżeszowi dekalog, pamiętał tylko o szacunku do rodziców. O szacunku dla dzieci zapomniał. Dlatego większość rodziców traktuje je jak swoją własność (w badaniach przyznaje się do tego prawie 60 proc. Polaków), uważa, że może z nimi zrobić wszystko. Ma władzę absolutną.
Śmiertelne pobicie niemowlaka ważącego 10 kilogramów w ocenie polskiego wymiaru sprawiedliwości nie jest morderstwem, jest pobiciem ze skutkiem śmiertelnym.
Kat nie dostaje dożywocia, tylko 12 lat. A przecież taki Marcin W., tata 3,5-miesięcznego Patryka z Łodzi, musiał mieć świadomość, że uderzając w jego główkę, uszkodzi mu mózg, że zrobi z niego kalekę - niesłyszącego, niewidomego. Jak nie miał - tym gorzej. Widocznie nie powiedział mu o tym ani dom, ani szkoła.
Polskie prawo karne wciąż dopuszcza stosowanie bicia dzieci jako metody wychowawczej, "jeśli użyte środki są proporcjonalne do przewinienia oraz nie zagrażają psychicznemu lub fizycznemu rozwojowi dziecka" (A. Marek w książce "Prawo karne. Zagadnienia teorii i praktyki",
Warszawa 1997).
- To nie jest problem marginesu społecznego - tłumaczyła Kątna komunistycznym władzom, kiedy w latach 70. zakładała Komitet Ochrony Praw Dziecka. - To problem społeczny. Biją rodziny lekarskie, prawnicze, nauczycielskie, urzędnicze, uniwersyteckie, robotnicze i chłopskie.
- To problem kapitalizmu, problem Zachodu - odpowiadali wtedy. - Rodzina komunistyczna jest silna i zdrowa.
- Ile jest tych pobitych? 50 rocznie? Nie ma o co kruszyć kopii - odpowiadali lekarzom, którzy uczyli się rozpoznawać tzw. zespół dziecka maltretowanego (m.in. ślady po kablu na plecach, złamane żebra, pęknięte wątroby, wyrwane ze stawów ręce i nogi).
- To problem konkubinatów, ludzi żyjących bez zobowiązań - odpowiadają dzisiaj w Sejmie IV RP. - Polska rodzina, wyrosła w tradycji katolickiej, jest stabilna i szczęśliwa.
- A historia Daniela zatłuczonego przez macochę nauczycielkę za to, że nie umie zawiązać sznurowadeł? - pytała Mirosława Kątna posłów pięć lat temu, kiedy nie chcieli się zgodzić na powstanie Biura Rzecznika Praw Dziecka. - A historia Joanny bitej przez ojca dziennikarza za to, że brzydko pisze i robi kleksy? Historia Basi bitej za spóźniony o pięć minut powrót ze szkoły?
- Od pozwolenia na klaps zaczyna się wiele tragedii - mówiła wtedy. - Łatwo przekroczyć granicę.
Ręką. Bo nie sprzątnął klocków
Pokój jest wynajęty. Klasyka: wersalka, szafa i stół pośrodku. Stare kotary zasłaniają okna.
Przy lampie z abażurem siedzi kobieta. Ma zmęczoną twarz i smutne oczy. Ma własny czajnik elektryczny, kuchenkę mikrofalową i 30-letnie radio Amator, co wieczór słucha Trójki. Nazywa się Anna T., ma 48 lat, pracę kierowniczki zmiany w zakładzie szyjącym odzież w Grodzisku Mazowieckim.
Dziesięć lat temu miała własne mieszkanie, kredens pełen sosjerek i kieliszków, miała szafę pełną świeżo uprasowanej pościeli. Miała męża. Nie pracowała. Wychowywała 3-letniego syna.
Anna T.: - Chodziliśmy do piaskownicy, do parku, na huśtawki. Wojtek był pogodny. Lubił, kiedy się go gilgało w brzuszek, w stopy. Śmiał się wtedy głośno. Szczęśliwy był. Ja byłam szczęśliwa.
Kiedyś zrobiłam mu kolację, to, co chciał: jajko w majonezie i kiszony ogórek. Mówię: "Posprzątaj klocki i chodź". Przychodzę za chwilę, a tu jeszcze więcej rozrzucone: "Wojtek, nie możesz tak brudzić. Sprzątnij i do stołu".
A on nic. Tylko patrzy na mnie i łup samochodzikiem w szafę, łup w podłogę. No to dałam mu klapsa. Wtedy on zrzucił wszystko ze stołu i z półki. Dałam drugi raz w pupę. To on mnie ugryzł. I wie pani co? Ja już wtedy byłam taka zła, że lałam, jak popadnie. Nie zauważyłam, gdy się uchylił i uderzył głową w kant szafki. Jak walnęłam go w ucho, Wojtek przestał słyszeć, ciągle się mu coś z tego ucha lało. Jedna operacja, druga. Nic nie pomagało. Mąż mnie winił. Po dwóch latach się ze mną rozwiódł. Sąd zabrał mi prawa rodzicielskie. Nie mogę się nawet do swego dziecka zbliżyć. Wiem, że zna język migowy, że chodzi do szkoły dla głuchoniemych.
Czasem dzwonię do dawnej sąsiadki, to mi opowiada.
Za trzy lata syn będzie pełnoletni - chcę mu powiedzieć, że nie chciałam go skrzywdzić, że cały czas go kocham.
Codziennie się modlę, by mi wybaczył. Muszę się nauczyć tej jego mowy. Brat znajomej z firmy obiecał mi pokazać kilka znaków.
Czym popadnie. Za kleksy, za brzydkie pismo
Joanna R., o której posłom mówiła Mirosława Kątna, ta, którą ojciec dziennikarz bił w dzieciństwie, m.in. za brzydki charakter pisma, nie lubi Bożego Narodzenia. Woli Wielkanoc. Kawałki jajka zjada się samemu, nie trzeba dzielić się nimi z najbliższymi tak jak opłatkiem. Joanna R. nie może się przemóc - czuje fizyczny wstręt do swoich rodziców. Nie potrafi się do nich przytulić, nie potrafi podać im ręki. Ma obrzydzenie.
Ostatnio przyznała się przyjaciołom, że od roku chodzi na psychoterapię.
Nie potrafi zaufać mężczyznom. Zamiast kochać, to z nimi wojuje. Boi się, żeby nie zostać zdominowana. - Ty? - pytali przyjaciele. - Ty masz problemy ze sobą?
Joanna R. na co dzień jest konkretna, ostra, asertywna. Też została dziennikarką. W jednej z telewizji prywatnych robi dokumenty. Krytyczne, mocne, kontrowersyjne. Ostatnio o nastolatce, która popełniła samobójstwo, gdy rodzice wysłali ją do świetnej i elitarnej szkoły za granicą. Pokazała, jak nadmierne oczekiwania wobec dziecka mogą zniszczyć jego psychikę, mogą je złamać. Tak jak rodzice jej bohaterki złamali córkę.
Henryk R., ojciec Joanny: - To film o wielkiej zagadce, jaka tkwi w człowieku. Miała wspaniałych rodziców, wszystko, o czym można marzyć, a jednak...
Joanna R.: - Nie zrozumiałeś chyba, o co chodzi.
Henryk R.: - Oj, coś mi się wydaje, że ten twój film mądrzejszy od ciebie.
Joanna wyszła wtedy z pokoju. Płakała. Nigdy jeszcze nie udało jej się przegadać ojca. Nigdy jeszcze z nim nie wygrała. On wciąż nic nie rozumie.
Bił ją od piątego roku życia. Wie dokładnie. Ostatnio odsłuchiwała taśmy z dzieciństwa (ojciec nagrywał wywiady z nią na magnetofon Grundig).
Ma nagrany swój wesoły głos, gdy skończyła 3 lata, gdy skończyła 4. 5-letnia Asia już nic nie chciała mówić do mikrofonu.
- Wtedy już próbowałam pisać - opowiada. - Nie wychodziło równo. Za każde wyjście poza linijkę - po łapach. Za kleks - po łapach.
I tak już do końca podstawówki. Pamiętam, jak wieczorami, kiedy ojciec wracał z pracy, udawałam, że śpię. Wyrywał mnie z łóżka: - Co jutro masz? Jakie lekcje?
- Polski, matematykę - jąkałam się - biologię, nie biologię, geografię.
- No to co? Biologię czy geografię? Plan lekcji mi przynieś!
- Wf masz! - krzyczał. - Nie wiesz, że masz jutro WF? Torby ze strojem nie spakowałaś?
Lanie. Lanie za spóźnienie się do domu, za to, że pomyliła początek wiersza, za to, że nie zapamiętała wszystkich słówek z angielskiego. Dbali o jej edukację - prywatne lekcje języków zawsze miała opłacone. Kupowali jej dżinsy w Peweksie. Na śniadanie zawsze była najlepsza szyneczka wystana w kolejce przez mamę.
Ostatnio na terapii przypomniała sobie, że kiedy miała siedem lat, tańczyła w domu i wywróciła się, rozbijając głowę. Mama zawiozła ją do szpitala. Tam przywiązali ją do stołu i zszywali na żywca. Bolało.
Nazajutrz chciała się pożalić się ojcu.
- Wiesz, co się stało? - spytała, gdy jadł śniadanie.
- Masz szczęście, gówniaro, że mnie przy tym nie było - odpowiedział obrażony. - Dostałabyś dodatkowo za to, że nie uważasz.
Dzieciństwo Joanny R.: codzienna modlitwa, by umarł, by zginął w wypadku, nie wrócił do domu, żeby rodzice się rozwiedli.
- A gdzie była wtedy mama? - zapytał ją psychoterapeuta.
Joanna R.: - Uświadomił mi, że mama nigdy nie stawała w mojej obronie, uciekała, by nie widzieć, co on ze mną robi. Czy mogłabym zostawić swojego synka Stasia samego, gdyby napadły nas psy we wsi, gdzie co roku jeździmy na wakacje?
- Mamo - zapytała ją ostatnio - dlaczego pozwalałaś, żeby ojciec się nade mną znęcał?
- Jak to? Ojciec się nad tobą znęcał? - zdziwiła się mama.
- No tak: bił mnie za zmoczenie butów nad morzem, dostałam w rocznicę komunii za brzydko wypisane zaproszenia dla gości.
- No i taka niewdzięczna wyrosłaś! - oburzyła się mama. - Widocznie za mało dostałaś!
Joanna R. nigdy nie podniosła ręki na syna, którego wychowuje sama. Stara się z nim dużo rozmawiać.
Ręką ojca? Ręką matki? Z 30 centymetrów, z pół metra.
W lutym ubiegłego roku w polskim Sejmie trwała debata nad projektem ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Dokładnie nad art. 5 zakazującym bicia dzieci (podobne prawo wprowadziła w 1979 roku Szwecja. Od tego czasu poparcie dla kar cielesnych w tym kraju zmalało z 53 do 11 proc.). Zapis ten miał podziałać na społeczeństwo wychowawczo. Wywołał burzę.
- To jest koń trojański - tłumaczył Tadeusz Cymański, poseł PiS. - To próba dekompozycji i demontażu polskiej rodziny. Przecież czasem ten klaps, ten właśnie klaps... Na zakaz używania zgody nie ma i nie będzie! I od tego wara!
- Mówią państwo, że klaps jest dopuszczalny - odpowiadała Mirosława Kątna, wówczas posłanka (SdPl). - Ja się pytam: Jaki klaps jest dopuszczalny? Ręką matki czy ręką ojca? Z jakiej odległości? 30 cm? Z pół metra? Który z nich wychowa, który uszkodzi?
Stanisław Gudzowski z LPR: - Zakaz doprowadzi do powstania grup dewiantów wychowywanych bezstresowo.
Kątna: - Nie chodzi o wychowanie bezstresowe. Chodzi o wychowanie bez przemocy.
Posłowie nie rozumieli, o co chodzi.
Odrzucili pomysł.
Całej dyskusji jak zwykle przysłuchiwały się tego dnia dzieci zwiedzające Sejm. Przyjechały z Łukowa, Włoszczowej, z Lublina, z całej Polski.
Patrzyły z galerii sejmowych.
PS Dane niektórych bohaterów zostały zmienione
Źródło:
http://serwisy.gazeta.pl/...html?as=1&ias=8Dyskusja w portalu GW na temat artykułu:
http://forum.gazeta.pl/fo...2612&a=37532612